Ty wiedźmiński eNGieOsie, ty. Sam sobie grosza daj

Plakat Wiedźmina od Netflix

Motto:

Jest autopoprawka w podstawie prawnej. Zaraz w pierwszej linijce: z dnia 8 marca 1990 roku O samorządzie gminny-m. Dopisać ,,m”.

(Przewodnicząca Rady Miejskiej, XIV Sesja Rady Miejskiej we Wschowie, 23 stycznia 2019)

Szanowni państwo. Chciałam tutaj zgłosić autopoprawkę do tego projektu uchwały na druku 142. Mianowicie w rozdziale 7, punkt 2. W zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej i sportu. Środki planowane na organizacje – nie 260, a 160 tysięcy złotych. I dopowiem tylko tutaj, że są to pieniądze przesunięte na wsparcie dla powiatu wschowskiego, jeśli chodzi o remont, czy modernizację wcześniej wspomnianych dróg. Dziękuję bardzo.

(I Wiceburmistrz Miasta i Gminy Wschowa, XIV Sesja Rady Miejskiej we Wschowie, 23 stycznia 2019)

To teraz na mnie kolej.

Kochani moi, kochaniutcy etc.

Stowarzyszenia, kluby sportowe to są takie… jakby je tu nazwać, hmm, no takie… brakuje mi teraz odpowiedniego słowa takiego. Najgorzej, jak człowiek ma pustkę w głowie. Człowiek chyba jest pusty w środku, jak pustkę ma w głowie, czyż nie? Żeby nie wiedzieć, jak je, te stowarzyszenia, czy kluby, jak je jednym słowem ugryźć? Bo chodzi o to, że czy nie można było w ogóle nie przyznawać środkom tym, tym, jakby je tu nazwać, no wiecie – to takie małe, bezbronne niby, a wiadomo, że to eNGieO jest, jak to się mówi w pewnych podejrzanych kręgach, pewnie słyszeliście nie raz. Z balkonu widzę te takie, nie wiadomo jak to się ma ubrać. Czy na wiosnę, czy zimę? W krótkich spodenkach, czy w garniturze? Boże chroń ino, bo już nie ma nas kto chronić. A nie – może by się ktoś znalazł, ale chyba musiałby się znaleźć ktoś, kto by szukał tego, kto miałby się odnaleźć, żeby nas chronić przed nimi, a to też nie wiadomo, czy by się udało. Więc nie. Nie, nie.

Wróć.

Od początku.

Zatem są takie, jakby, wiecie, stowarzyszenia i kluby sportowe i one są takie… hmm… kudłate są… Jakie by one jeszcze by tu były? No, niezbyt takie, czy ja wiem, rozgarnięte chyba. Za dużo może mają czasu wolnego, albo jeszcze gorzej. No też kiedyś byłem w takim czymś, składek nie płaciłem, tak pasożytowałem raczej (oglądaliście ten azjatycki ,,Parasite”? Tak? No, to wiecie o czym mówię). Raczej bardziej byłem taki azjatycki Parasite właśnie, może nawet ktoś za mnie te składki płacił (to bardzo możliwe), a potem nie miałem drobnych, jak przyszło co do czego. To znaczy, to może nie jest dobry przykład. Bo skoro nie płaciłem składek, a nie miałem w jakichś określonych sytuacjach drobnych, to wynikałoby z tego, że to nie jest wina stowarzyszeń, czy tam klubów. Ale moja też nie, więc nie bądźmy tacy ,,ą”, ,,ę”, tacy bułka przez bibułkę. Naprawdę, ludzie, nie bądźmy naiwni. Nie ma tak, że nie wiadomo czyja wina. Zawsze, jak to mówią, coś jest na rzeczy, jakieś ziarno prawdy się tam znajdzie w tych stowarzyszeniach, że nie mogłem jak przyszło co do czego tych drobnych znaleźć. Mówię wam, nic się z niczego nie bierze. Raczej odwrotnie jest.

Więc  tak, mam takie doświadczenie, że byłem w organizacji i powiem wam – no trauma. Gdzieś popołudniami, wieczorami mnie zmuszali, żebym przychodził… aż z trudem mi to przychodzi. To wyznanie takie szczere. Ludzie, to przecież gorzej niż za tego, no, wiecie o kogo mi chodzi, za… no mówcie, no… jak on tam miał… a już wiem – za czasów, kiedy armia była obowiązkowa. No, to tak sobie wyobrażajcie te organizacje i kluby, jak się położycie na płytkach w łazience po całym dniu i ze zmęczenia tak sobie leżycie błogo, to właśnie wtedy wyobrażajcie sobie, że to jak obowiązkowa armia jest. To pomaga.

A dasz ty dziecko do armii? Żeby ci gdzieś wywieziono do Iranu, czy innego kraju, gdzie prawie nikt nie mówi w twoim języku ojczystym? Dałbyś, dałabyś? Ja bym nie dał. I takie są te organizacje. Że normalnie, to by się im dzieci nie dało, ale przymus jest, żeby dać. Kurde. Co to za życie? W jakich my czasach żyjemy? Po co to komu? Na co to? A idź pan, wiesz pan gdzie. A idź pan i nie wracaj. W sensie, że tak się mówi do kogoś, żeby się oddalił. Broń Boże, nie do ciebie to mówię, który to czytasz. Ty, nigdzie nie idź. Gdzie ty zresztą byś poszedł, jak wszędzie wilki i łotry. Człowieku, weź się nie wygłupiaj. Zostań, weź ty czytaj, bo ja ci prawdę piszę, a nie nieprawdę. Prawda, to jest prawda. Słyszałeś kiedyś, żeby prawda nie była prawdą?

Także tego. Więc powiem wam jeszcze, że są proste słowa, tak, są takie słowa. Proste. Jak Polska, województwo, powiat, Wschowa, prezydent, marszałek, starosta, burmistrz, dyrektor, ale, żeby nie być przechylonym tylko w jedną stronę, to również mamy takie wyrazy, jak lekarz, kucharz, górnik, czy stewardessa. I co do nich to wątpliwości nie ma. Chyba przyznacie, że tak jest, prawda? Każdy z nas się tego uczył na lekcjach języka polskiego, czy geografii, czy innych lekcjach. A weźmy takie np. WSTK, albo TH, albo SKZW, albo te, no, mówcie – WULKS, czy WKM, czy… no ale sami już widzicie, że ciśnie się tylko na usta jedno zasadnicze, żeby nie powiedzieć teologiczne pytanie: czy was więcej matka nie miała? Nie to, żebym coś miał do matek, ale tak mi przyszło do głowy, że skąd te literki się tak biorą? Z alfabetu? Może z alfabetu, ale na pewno nie jest to nasz alfabet, tylko jakiś właśnie taki eNGieOsowski. Kto to wymyśla? Jest na to jakiś etat, żeby tak literkami siebie nazywać? Jak jest taki etat, no to proszę o tym w szczerych słowach poinformować społeczeństwo. Czemu WSTK, a nie np. LBZD? Co to za jakaś, że tak się wyrażę, infamia? Żeby nie było w takim np. Czas ART. litery ,,b”? A co? ,,B” jest jakieś gorsze? Ma jakiś kolor? Jest jednopłciowe? Jest uchodźcą? No ludzie. Weźcie się ogarnijcie na miłość boską. Przestańcie być tacy un terrible, jak mówią ludzie w kraju, do którego w każdej chwili można wyjechać, jak się tutaj nie podoba i to bez paszportu i proszę bardzo droga wolna. Także nie udawajmy, że tego nie ma, bo to jest. Na każdym kroku. I ja nie będę ze swoich podatków dawał na jakieś HZFO, czy inne tego typu. Szanujmy się. Chociaż tyle miejmy godności. Mamy jedno życie, a nie dwa, czy więcej. To nie jest jakaś gra na komputer, czy laptop, czy telefon.

I na koniec powiem, że tak, wysłałem już pismo do prezesa Netfliksa, do prezesa Jutuba i do prezesa Spotifaj. Wszędzie tam, gdzie niejaki Jaskier, śpiewa w imieniu eNGieOsów tę obrazoburczą piosenkę, żeby grosza dać Wiedźminowi i żeby sakiewką potrząsnąć. To naprawdę się bardzo źle kojarzy w dzisiejszych czasach. Co to za wymysły, żeby dać grosza, jak grosza nikt nie ma? Co to jest? Co to ma być? Czy my z tym: grosza daj, grosza daj, nie idziemy już za daleko? Czy my już aby jakiegoś mostu nie przekroczyliśmy, czy granicy dobrego smaku, czy jak to się mówi? Napisałem tam do nich i nie martwcie się, to będzie załatwione. Nie będzie żadnego grosza daj. Sam sobie daj, ty wiedźmiński eNGieOsie ty. I w głowę się puknij tą sakiewką. No.

Bardzo serdecznie dziękuję.

 

 

Piekło banału ,,Historii małżeńskiej” – recenzja

,,Historia małżeńska” Noaha Baumbacha, na co zwraca uwagę wielu krytyków filmowych, jak i sam reżyser, powstała między innymi w oparciu o wątki autobiograficzne, związane z rozwodem reżysera i aktorki Jennifer Jason Leigh. Do tego stopnia ten element biograficzny jest czasami podnoszony w recenzjach, że – jak mówi Michał Oleszczyk w podcaście, poświęconym temu filmowi – w jednym z amerykańskich pism, zarzuca się reżyserowi, że zbytnio wybiela postać Charliego (świetna rola Adama Drivera), ponieważ reżyser jeszcze będąc mężem Jennifer Jason Leigh, związał się z Gretą Gerwig, natomiast w filmie Charlie z nikim się nie wiąże, a wręcz wzbrania się przed takim rozwiązaniem.

Warto dodać, że przywołana tutaj Greta Gerwig, z którą reżyser jest do dzisiaj, napisała w 2012 roku wspólnie z Baumbachem scenariusz do jego filmu ,,Frances Ha”, a także wyreżyserowała dobrze przyjęty przez krytyków ,,Lady Bird” oraz ubiegłoroczne ,,Małe kobietki”, nominowane, podobnie jak ,,Historia małżeńska” do Oscara za najlepszy film.

Sam Baumbach przyznaje, że scenariusz, a potem sam film, jeszcze przed premierą, pokazał swojej pierwszej żonie i według jego relacji, bardzo się ta historia Jennifer Jason Leigh, spodobała. Przygotowując się do ,,Historii małżeńskiej” reżyser przeprowadził dość intensywne rozmowy ze swoimi przyjaciółmi, którzy przeszli przez rozwód, jak i z prawnikami, sędziami i mediatorami. I to wszystko zaowocowało filmem, o którym się mówi, że to jeden z 10 najlepszych obrazów 2019 roku.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak się mówi. Myślę, ze gdyby nie role Scarlett Johanson i Adama Drivera i pewnego rodzaju ułuda, że widzimy właśnie ich rozpad małżeństwa, a nie Józka i Helenki, to na nikim ta historia nie zrobiłaby wrażenia. To z kolei prowadzi mnie do kolejnej uwagi, że przyglądamy się dość specyficznym ludziom – śmietance nowojorskiej inteligencji. On – geniusz alternatywnego, a może nawet awangardowego teatru, o czym świadczy przyznane mu stypendium w wysokości 650 tysięcy dolarów, ona najważniejsza postać tego teatru, niegdyś aktorka telewizyjna (swoją drogą, warto wiedzieć, że stypendium MacArthura, przyznane Charliemu, to autentyczne stypendium, zwane też grantem geniuszy, przyznawane co roku około 20-40 osobom, reprezentującym różne dziedziny, wypłacane w pięciu ratach; od kilku lat to stypendium wynosi właśnie 650 tysięcy dolarów i było swego czasu przyznane dwóm Polakom – Leszkowi Kołakowskiemu w 1983 roku i Jerzemu Grotowskiemu w 1991 roku).

W dodatku poznajemy Charliego i Nicole, kiedy ich spektakl ,,Elektra” dostaje szanse wystawienia na Brodwayu. Nie są to więc pierwsi lepsi amerykanie, pierwsi lepsi bohaterowie, a skoro tak, to ich problemy również nie są byle jakiej natury. Są wynikiem tego, gdzie mieszkają i czym się na co dzień zajmują. W dodatku oboje są też ładni, ot tak, po prostu. Chyba po to, żeby widz, przyzwyczajony do świata skrojonego przez media głównego nurtu, czuł się jak u siebie w domu, czytając jakiś plotkarski portal lub prasę spod tego samego znaku.

Tak, zdaję sobie sprawę, że uwaga co do ich urody (w tym filmie wyjątkowo wolę Drivera niż Johansson) mogą wydawać się nie na miejscu. A jednak mam wrażenie, że ten film od początku do końca, stara się uwieść widza w ten sam sposób, w jaki to robią ładne (dosłownie ładne) okładki drogich czasopism. W tym konkretnym przypadku, zasłaniając się brakiem oryginalnej, pogłębionej treści czy obserwacji, związanej z rozpadem małżeństwa. Ładne opakowanie ma tuszować inne braki.

Bo – idąc dalej – jaki właściwie jest ich problem? Dlaczego się rozwodzą? I czy jest to powód, który widzowie mogą dzielić pod każdą szerokością geograficzną, czy tylko gdzieś między Nowym Jorkiem i Los Angeles? Wychodzi mi na to, że można tego doświadczyć w nowojorskiej bańce, ponieważ wszystko sprowadza się do tego, że Nicole nie chce być aktorką jego teatru, bo w teatrze Charliego, to Charlie jest najważniejszy i to on głównie spija śmietankę ich sukcesów (pomijam fakt, że grupa teatralna pokazywana jest tak, jakby byli jedną, wielką rodziną). Nicole dochodzi do wniosku, że woli telewizję. Tam będzie czuć się sobą, będzie – jak mówi – odrębną jednostką. A kiedy już osiąga to, co zamierzyła, to za chwilę dowiadujemy się, że jest nominowana za reżyserię do nagrody Emmy. Zatem nie tylko są ładni, inteligentni i ambitni, to jeszcze czego się nie dotkną, zamieniają w złoto. Wspaniale. Oczywiście można doszukiwać się w motywacji Nicole innych powodów, ale film jest tak poprowadzony, że nie poznajemy naszych bohaterów w trakcie ich małżeństwa. Twórca nie daje nam szansy przyjrzenia się im obojgu w małżeństwie i wyrobienia sobie opinii. Nie. Poznajemy ich już wtedy, kiedy w Nicole coś pęka, chce zmiany i do niej dąży. Jesteśmy zatem zdani na ich relacje, ich opinie o samych sobie w momencie, kiedy co najmniej jednej stronie nie zależy już na związku, zatem – co oczywiste – pojawiają się wypowiedzi o diametralnie innej wymowie. Bohaterowie Baumbacha już niczego nie budują, o nic nie dbają, zależy im już na czymś zgoła innym. A im dalej w las, tym gorzej, czego najlepszym dowodem jest ich kilkuminutowa kłótnia w jednej z ostatnich scen filmu. Mówiąc najkrócej – poznajemy ich, kiedy są skoncentrowani na sobie i nie dbają już o małżeństwo. Trudno więc w takiej atmosferze o w miarę obiektywny pogląd na to, co się w ich małżeństwie wydarzyło. Jedno jest pewne – Nicole chce rozwodu, chce innej pracy, nie chce teatru, ani Nowego Jorku.

Jeżeli to są powody dla których ,,Historia małżeńska” jest zaliczana do czołówki filmów 2019 roku, to nie będę tutaj oryginalny i powtórzę jeszcze raz – kino zmierza donikąd, opowiadając banalne historie. Gdyby chociaż twórca jakieś przeszkody postawił na drodze swoich ładnych bohaterów, gdyby chociaż Nicole za swoją odrębność, miała zapłacić choćby minimalną cenę, na przykład taką, że nominację za reżyserię, otrzymałaby po dwóch lub trzech latach, gdyby z tego powodu pojawiały się jakieś wątpliwości co do wyboru drogi…, ale nie. W tym filmie poza oczywistym, chwilowym piekłem rozwodu, reszta idzie jak po sznurku. Gdybym miał to zwulgaryzować, a proszę mi wierzyć, od samego początku mam na to ogromny apetyt, napisałbym, że w gruncie rzeczy film jest o tym, że wszyscy jesteśmy odrębnymi jednostkami, a każdy, jak niesie wieść gminna, jest wyjątkowy, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju i jeżeli tylko człowiek w to uwierzy, to czeka go nagroda, bo życie tylko czeka, aby odkryć tę ukrytą w zakamarkach bibliotek prawdę i pragnie każdego, za to niebywałe odkrycie, wynagrodzić. Jednych nominacją do nagrody Emmy, drugich – gdyby tę historię przenieść na polskie warunki – funkcją kierownika działu spożywczego w jakimś ogromnym dyskoncie z możliwością dalszego awansu.

Teatr ukochałem. Czytając felietony teatralne Jacka Sieradzkiego, zamieszczone w zbiorze ,,Widok przez scenę”

Motto:

W niepięknych domach mieszkać

(Jacek Sieradzki, Widok przez scenę)

Dostałem w prezencie ,,Widok przez scenę” obszerny zbiór felietonów teatralnych z lat 2008-2017 Jacka Sieradzkiego, wydany w ubiegłym roku przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego. Zatem rzecz stosunkowo świeża i nowa.  I nie wiem, co powiedzieć, chociaż mam tak ogromną potrzebę napisania czegoś o tych felietonach, że już sam się gubię, czy pisać, czy nie pisać, co robić?

W teatrze nie bywam, staram się za to być na bieżąco ze współczesną dramaturgią. Pomimo tego, ze w teatrze nie bywam, to jednak kilka spektakli widziałem. A to, co widziałem, wynikało z tego, że w teatrze zawsze interesowało mnie to, co współczesne, eksperymentalne, jeżeli klasyka, to tylko czytana przez pryzmat współczesności/nowoczesności. Stąd, jak słyszę Krzysztof Warlikowski, to wiem, że warto, a jak słyszę nazwisko kogoś ze starej szkoły teatru, to wzruszam ramionami. Do teatru nie jeżdżę, a to, co czasami przyjeżdża do Wschowy, raz na rok lub jeszcze rzadziej, to teatr środka, mało wymagający, wpędzający wszystkich w dobre samopoczucie, bo – trawestując Sieradzkiego – nikt tutaj we Wschowie, w której łatwo nie jest, nie po to idzie na spektakl, żeby usłyszeć ze sceny, że na scenie też życie do łatwych nie należy.

Więc do teatru nie jeżdżę, spektakle, które pojawiają się we Wschowie omijam szerokim łukiem, chyba, że to rodzimy, autorski teatr Grzegorza Dolacińskiego. Co najwyżej Warlikowskiego, Lupę, Klatę lub innych reżyserów i ich spektakle kupuję w empiku, jeżeli akurat mam taką możliwość. Nie jest drogo, bo chyba nigdy nie wydałem więcej niż 30 złotych na płytę DVD. Chociaż i o to wcale nie jest łatwo, aczkolwiek nie mówię, że to niemożliwe.

Zatem już po tych dwóch akapitach widać wyraźnie, że wiedzę mam szczątkową, rozeznanie we współczesnym teatrze niemal żadne i prawdę mówiąc jestem typowym synem prowincji, do którego docierały w ostatnich dwudziestu latach najgorętsze nazwiska współczesnych reżyserów, kierując moją uwagę i wrażliwość w takim, a nie innym kierunku. Nie chcę przez to powiedzieć, że teatr i dramaturgia, stanowią w moim życiu jakiś wątpliwy przypadek. Bynajmniej. Chcę jednak zaznaczyć, że i moja wiedza i skromne rozeznanie wystarczą na spotkanie towarzyskie, gdzie mogę błysnąć jakimś nazwiskiem lub zjawiskiem, ale ta wiedza nie sprawdziłaby się już w konfrontacji z mieszkańcem Warszawy, Krakowa, Jeleniej Góry, czy Legnicy, który świadomie kilka razy do roku wybiera się do teatru i wie, co w trawie piszczy.

***

Jacka Sieradzkiego nie znam osobiście. Co zrozumiałe. Natomiast od drugiej połowy lat 90-tych namiętnie kupowałem ,,Dialog”, poświęcony współczesnej dramaturgii, którego do dzisiaj Sieradzki jest redaktorem naczelnym, z uwagą słuchałem też jego wypowiedzi w Tygodniku Kulturalnym przed 2010 rokiem. Zbiór felietonów, wydanych w 2019 roku, pochodzi z cyklu ,,Intermedia”, publikowanego od 2008 na łamach wrocławskiej ,,Odry”.

***

Teatr (…) ma targać sumieniami, wprawiać w metafizyczny niepokój, poszukiwać komunii dusz, budzić wrażliwość, tresować szare komórki (…). Aliści (…) ma także sprawiać przyjemność – pisze Jacek Sieradzki przy okazji pobytu w teatrze Krystyny Jandy, który znany jest raczej z tego ostatniego. Jedno i drugie jest do zaakceptowania, twierdzi naczelny ,,Dialogu”, a jednak nie sposób pominąć faktu, że autor uczył się teatru w latach 70-tych XX wieku i bliżej mu do sztuki, która wywołuje katharsis, niż do teatru, służącego za przechowalnię ludzkich ciał. A jednak, czytając ten słuszny zresztą postulat, a może nawet nie postulat, co gorliwą wiarę wyssaną z mlekiem mistrzów europejskiego dziedzictwa tak teatralnego, jak i dramaturgicznego, czytane dzisiaj te sumienia, te metafizyki, te wrażliwości i tresury szarych komórek, to nic innego, jak dzisiejsze spazmatyczne wołanie na puszczy o te demokracje, wolność słowa, o te braterstwo, konstytucję, dialog, debatę publiczną i co by tam jeszcze z tego przepastnego worka wartości wydobyć. Cokolwiek się tam jeszcze nie znajdzie, czegokolwiek tam jeszcze nie upchnąć, nie zmienia to faktu, że wszystkie te głosy nadal istnieją, tylko, że przybrały inne współrzędne, w innym miejscu mapy można je odnaleźć, nie sposób ich porównać, bo przypominają zupełnie inną opowieść, która tylko gdzieś w refrenie, a może w założeniach przypominają te odległe i nieco już archaiczne, zakonserwowane studia nad innym, lepszym światem, gdzie staruszkowie teatr i liberalna demokracja wyglądają jak ślepy i głuchy. Obaj niechybnie zmierzają tam, skąd nie ma już powrotu. Nad przepaść.

I Jacek Sieradzki poniekąd przygląda się tej podróży, wierząc zapewne, że w najgorszym przypadku, pozostanie tym jednym z niewielu, który odmawia pogańskie, sekciarskie modlitwy o deszcz, w najlepszym przypadku wszystko wróci do normy, ale będzie to triumf – jak pisze o sobie – konserwatysty, a chyba i na tym Sieradzkiemu nie za bardzo zależy. To znaczy nie w tym rzecz, aby współczesny teatr przypominał mu ten, z którego wyrósł. Widać to szczególnie w felietonach, które omawiają wydarzenia, wydobywające współczesny teatr z katakumb. Jeżeli ktoś teatrem się nie interesuje, to głośna medialnie ,,Klątwa” z 2017 roku i pośladki Joanny Szczepkowskiej wymierzone Krystianowi Lupie dobrze ilustrują Sieradzkiego stan odpowiedzialności za teatr i dramaturgię (może odpowiedzialność nie najlepiej oddaje tę postawę, być może lepiej by było, gdybym napisał stan gorących uczuć). I nie jest to postawa ani mentorska, ani jednoznaczna, ani też chłoszcząca jedną lub drugą stronę sporów w szeroko rozumianym środowisku teatralnym, medialnym, politycznym i społecznym.

W tego rodzaju felietonach, gdzie Sieradzki wychodzi poza mury teatru jego stanowisko jest widoczne chyba najpełniej, najpełniej się też odsłania Sieradzkiego konserwatyzm, który sprzeciwia się zmianom tak długo, aż staną się one nieuniknione, jak pisze we wstępie do zbioru felietonów. Otóż kiedy naczelny ,,Dialogu” zasiada na widowni widzi teatr na tle zmian, jakie zachodzą w kraju po 1989 roku. I wydaje się, że wszystko jest w stanie odpuścić – zidiocenie społeczeństwa, mediów, polityków, ale za wszelką cenę będzie bronić przed tym teatru. Nawet wtedy, kiedy teatr zmierza w tym samym kierunku. Nie szkodzi, zdaje się mówić Sieradzki, bo teatr ukochałem. Nie społeczeństwo, nie polityków, nie media, nie relacje, jakie między nimi zachodzą, ale teatr. I w tym sensie Sieradzki jest konserwatystą, ale w każdym innym sensie jest mędrcem, u którego warto pobierać nauki.

Podsumowanie 2019 roku, czyli 12 najpopularniejszych tekstów bloga NoweOpinie (cz. 2)

Tak sobie pomyślałem, że podsumuję poprzedni rok i odnotuję teksty z największą liczbą odsłon, najchętniej czytane na tym blogu w 2019 roku. Z początku uznałem, że to będzie pięć najbardziej poczytnych wpisów, ale kiedy zajrzałem do statystyk, wiedziałem już, że powinienem pokazać 12 tekstów, które cieszyły się tutaj jako taką popularnością, ponieważ one, czyli te 12 tekstów najpełniej odzwierciedlają wachlarz tematów, podejmowanych na tym blogu w ubiegłym roku.

Łącznie w 2019 roku opublikowałem tutaj 91 tekstów. Ten wpis zawiera najpopularniejsze teksty, licząc od miejsca 6 do 1 według liczby wyświetleń. Ranking tekstów, licząc od miejsca 12 do 7 znajduje się tutaj – Podsumowanie 2019 roku, cz. 1

  1. Nie jestem zachwycony. Boże ciało – recenzja (spoilery)

Tekst opublikowany 3 listopada 2019 roku. Miałem chwilę czasu i mniej lub bardziej aktywnie uczestniczyłem w 44 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, na tyle, na ile można uczestniczyć w wydarzeniu, które odbywa się 400 kilometrów od miejsca zamieszkania. Chyba w tamtym czasie wszystko przeczytałem i wysłuchałem na temat kondycji polskiego kina. Na tej fali uznałem, że mam coś do powiedzenia na temat najgłośniejszego filmu festiwalu, czyli ,,Bożego ciała” Jana Komasy. Sama recenzja powstała pod wpływem internetowej aktywności Michała Oleszczyka, któremu w żaden sposób nie dorównam ze względu na ogromną wiedzę, jaką posiada ten krytyk filmowy. A tą recenzją chciałem dorównać. I zamiast skupić się na własnym warsztacie i z niego wycisnąć jak najwięcej, starałem się naśladować osobę, której z wielu względów naśladować nie sposób. To zresztą też dowód na to, że lepiej się inspirować, niż naśladować. Dzisiaj bym tę recenzję napisał już inaczej.

Fragment tekstu:

Są dwie sceny w tym filmie, które tłumaczą ten pozytywny odbiór, któremu towarzyszy wspomniana ulga. ,,Boże ciało” potrafi pokazać w którym punkcie jesteśmy i jacy jesteśmy bez wytykania nikogo palcami, ale też bez stawiania wyraźnych diagnoz, właściwie można by powiedzieć, że przesłanie jest płynne, niedomówione, nieostre, wyznacza bardzo duży obszar, w którym każdy bez wyjątku może czuć się, jak u siebie w domu. Jeżeli uda się takie granice – wydaje się mówić film – wyznaczyć na zasadach właśnie takiej trochę płynności i nieostrości, wtedy wspólnota jest możliwa do pomyślenia. Nawet wspólnota, którą dzisiaj nie sposób sobie wyobrazić.

  1. Jutro musimy być w formie – opowiadanie, moje urodziny

Tekst opublikowany 19 lipca 2019 roku. A zamieściłem tego dnia opowiadanie. Kilka osób nawet je przeczytało i – co szanuję – uznało, że warto podzielić się ze mną wrażeniami. Nie jest to jeszcze historia na miarę Nobla, ale jest przyzwoita. Powstała na bazie starego opowiadania sprzed chyba 10 lat, poprawiona i rozbudowana o nowe wątki i – jak twierdzi jeden z bardziej wymagających czytelników – z zakończeniem, które mogłoby być jednak lepsze. Wszystko przede mną.

Fragment opowiadania:

Ochroniarz milczał.

– Powiem panu, pana rola jest… Groszek? – Piotr potrzebował pomocy – jak to się mówi, tymczasowa, jakby to powiedzieć?

– Nie wiem, Piotr, chodźmy już.

– Doraźna, dobra, wiem już. Pana rola jest doraźna, a nasza jest wieczna. Taka jest różnica. Że my mamy gwarancję powrotu, a pan przez swoją doraźność nie ma żadnych gwarancji.

I Piotr szykując się do wyjścia, dodał jeszcze:

– Dlatego należało nas wpuścić, bo wieczność, coffee litera należy do nas, jest nam obiecana, w wieczności nie ma dla pana miejsca, bo pan pełni rolę tylko w tym przesmyku, widocznym między jedną wiecznością, a drugą wiecznością. Między tym, co nam zostało odebrane, a tym, co nam zostanie oddane.

– Masz to? – Piotr zapytał Bernarda.

 

  1. Ksiądz Adam Żygadło demoluje wschowskie muzeum

Tekst został opublikowany 23 stycznia 2019 roku. Za sprawą tego wydarzenia, jak wspominałem w poprzednim wpisie, przez kilka tygodni co niedzielę słuchałem lokalnych kazań. Natomiast sam tekst był przewrotny, ale – co zrobić – nikt tej przewrotności nie odczytał. Nawet, kiedy tłumaczyłem księdzu sens tego mojego wpisu, było już pozamiatane. Powszechne oburzenie i ksiądz w defensywie to nie najlepszy moment, aby podjąć czytanie ze zrozumieniem. Trudno. Każdy czyta, jak umie i rozumie to, co jest w stanie zrozumieć.

Fragment tekstu:

Ksiądz, jak już wspomniałem, z racji tego, że jest księdzem, w takich małych, depresyjnych miasteczkach, stanowi część lokalnego establishmentu. A że należy do niego od niedawna, nie przesiąkł jeszcze lokalnym patriotyzmem. Nie nauczył się jeszcze zachwycać. Jeszcze nie poznał odpowiedzi na pytanie profesora Bladaczki „Dlaczego w poezjach wielkiego poety,
Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?” Ale po wpisie widać, że ksiądz rozpoczął proces zadawania sobie pytania o nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza. Jak sobie na to pytanie odpowie, stanie się pełnoprawnym członkiem lokalnego establishmentu.

  1. Rada odwoła skarbnika, ale nie wie dlaczego to zrobi (i nie chce wiedzieć)

Wpis opublikowany 30 stycznia 2019 roku. A pomimo tego czytany niemal przez cały rok. To znaczy, ktoś do niego wracał co jakiś czas. Oczywiście sprawa pani skarbnik jest tutaj pretekstem do kasandrycznego wieszczenia, powtarzania w tamtym okresie, że Rada Miejska za sprawą nawyków, ustawowych ograniczeń, politycznej układanki w Radzie, sama się deprecjonuje i obniża swoje znaczenie. Oczywiście na nikim moje wróżby nie robiły i nie robią wrażenia.

Fragment tekstu:

Radni (szczególnie radni należący do większości koalicyjnej) robią w takich sytuacjach dobrą minę, jakby chcieli powiedzieć: nie wiemy i co z tego? Mamy większość i to nas rozgrzesza. Robią dobrą minę, jakby chcieli powiedzieć: a może coś wiemy, ale i tak nikomu nie powiemy. Ostatecznie robią dobrą minę, ale ich mina mówi, że na nic nie mają wpływu, nie posiadają elementarnej wiedzy, która by im pozwoliła rozsądzić, czy decyzja o odwołaniu skarbnika jest właściwą decyzją. W końcu robią dobrą minę jedynie w tym celu, by powiedzieć, że wiedzą trochę więcej niż mieszkańcy i na mieszkańcach, którzy wiedzy nie mają żadnej, może to robić wrażenie. I na nikim więcej.

  1. Było pożegnanie z bronią, pożegnanie z Afryką, czas pożegnać się z Zw.pl

Tekst opublikowany 24 kwietnia 2019 roku. Jak na niszowy blog, ten wpis miał sporo odsłon. Podobnie, jak w przypadku tekstu wyżej, czytany był przez cały rok, ktoś tam od czasu do czasu kilka razy w miesiącu zaglądał. Stąd pewnie też jego wysoka pozycja w tym rankingu. W tym kwietniowym wpisie zapowiadałem, że kiedyś, za jakiś czas podsumuję ten okres, ale jak widać jeszcze tego nie zrobiłem. Pewnie jeszcze do tego nie dojrzałem.

Fragment tekstu:

We wtorek oddałem klucze i telefon. Zabrałem ze sobą plastikowy pojemnik i marynarkę. I w ten sposób po 8 latach zakończyła się moja przygoda z portalem Zw.pl.

  1. Pani Marto, przykro mi, ale pomyliłem się

Tekst opublikowany 13 lipca 2019 roku. Ostatnio rozmawiałem ze znajomym, tłumacząc, że Wschowę na siłę próbuje się od lat, od poprzedniej kadencji samorządu, nieprzerwanie i bez skrupułów zbawić od małomiasteczkowości w dobrym tego słowa znaczeniu, od dziwactw, od jej uroczej depresyjności, od ludzi, którzy zatopili się w tym uroczym mieście i potrafią z niego wyczarować cuda, których być może nie potrafi docenić większość lokalnej społeczności, ale to o niczym nie świadczy. Brutalnie i konsekwentnie pracuje się w tym miasteczku na to, żeby wszyscy bez wyjątku przed snem pisali ody do Stalina. Z coraz lepszym skutkiem.

Fragment tekstu:

Myślę, a właściwie jestem przekonany, że dla 95 procent osób różnica jest niedostrzegalna. I jestem również przekonany, że te 95 procent żyje w przeświadczeniu, że nie ma ludzi niezastąpionych. Mało tego, będą mieli na to dowód – proszę bardzo, Chaciński prowadził, teraz nie prowadzi, a program hula dalej w TVP Kultura, a eksperci nadal się wypowiadają, a nowości filmowe, teatralne, literackie nadal są omawiane. Więc w czym rzecz? Problem polega na tym, że nie tak łatwo wytłumaczyć w czym rzecz. Bo na to nie ma już racjonalnych argumentów. Przecież wszystko się zgadza, prawda? Nic się nie zmieniło poza prowadzącym. A jednak program nie ma już błysku geniuszu, jest jak wiele innych tego typu programów, nic go już nie wyróżnia, ale też niekoniecznie chce się go oglądać. Jest to oczywiście nadal program na wysokim poziomie, ale właśnie na takim poziomie, wysokim, jeden produkt od drugiego produktu można tylko odróżnić błyskiem geniuszu. I – jak wspomniałem – dostrzec tę subtelną różnicę potrafi pewnie 5 procent ludzkości albo jeszcze mniej.

___________________________________________________

I na koniec muszę jeszcze jeden tekst przywołać, który powstał w 2017 roku, ale od tamtego czasu jest czytany na tym blogu i co roku ma sporo odsłon. To wpis ,,Nocami nawiedza nas bogini Namagiri”, opublikowany 10 lipca 2017 roku. Nieustannie w czołówce najpopularniejszych tekstów. Mnie się też podoba. Szczególnie ten fragment:

Jest w tym coś tak nieracjonalnego i szalonego, a zarazem coś naturalnego. Jakby w ludzką strukturę wpisana była potrzeba podejmowania decyzji w wieku, który pozornie nie nadaje się do tego. Bo przecież im człowiek starszy, tym niby mądrzejszy i bardziej doświadczony. Tak nas jakoś natura ukształtowała, że jednocześnie wraz z wiekiem, stajemy się bardziej powściągliwi, zdystansowani, mniej zdolni do ryzyka i – prawdopodobnie – naturalnie oddalamy się od bodźców, emocji, logiki, które nami kierowały przy podejmowaniu decyzji w młodości. Nie ma już ryzyka, szaleństwa, wyborów na całe życie. W zamian i w pewien sposób stajemy się niewolnikami tych śmiałych możliwości i przez resztę życia ich bronimy i je konserwujemy. Czasami zdarza się jednak, że się do nich obracamy tyłem. Być może, jakby tego chciał R. dzieje się tak na skutek tego, że wtedy mentalnie stajemy się przez chwilę Hindusami i nocami nawiedza nas bogini Namagiri.

Podsumowanie 2019 roku, czyli 12 najpopularniejszych tekstów bloga NoweOpinie (cz. 1)

Tak sobie pomyślałem, że podsumuję poprzedni rok i odnotuję teksty z największą liczbą odsłon, najchętniej czytane na tym blogu w 2019 roku. Z początku uznałem, że to będzie pięć najbardziej poczytnych wpisów, ale kiedy zajrzałem do statystyk, wiedziałem już, że powinienem pokazać 12 tekstów, które cieszyły się tutaj jako taką popularnością, ponieważ one, czyli te 12 tekstów najpełniej odzwierciedlają wachlarz tematów, jakie były podejmowane na tym blogu w ubiegłym roku.

Łącznie w 2019 roku opublikowałem na tym blogu 91 tekstów. Ten wpis zawiera najpopularniejsze teksty, licząc od miejsca 12 do 7 według liczby wyświetleń. Jeszcze w tym tygodniu zamieszczę pierwszą szóstkę najpoczytniejszych wpisów.

  1. Gminie i jej mieszkańcom bardziej sprzyja sytuacja, kiedy kompetencje Rady i burmistrza się uzupełniają niż wtedy, kiedy oba organy dążą do współpracy

Tekst opublikowany 23 stycznia 2019 roku. Jak widać koszmarnie długi tytuł. Pamiętam, że to był cykl tekstów, które zacząłem jeszcze w 2018 roku, zaraz po zwycięstwie Konrada Antkowiaka. Zaczytywałem się wtedy w różnych teoretycznych opracowaniach, dotyczących samorządu, a przede wszystkich związanych z ustawą samorządową. Największy wpływ wywarł na mnie artykuł dra Marka Wojciechowskiego, w którym przekonywał, że największą wiedzę o samorządzie mają urzędnicy, potem burmistrz, potem radni, a na samym końcu – mieszkańcy. Podzielam tę opinię, a jest ona do zweryfikowania na komisjach Rady Miejskiej, bo tylko tam, ktoś, kto z zewnątrz przygląda się samorządowi, może uzyskać najwięcej informacji. Na komisjach można uczyć się samorządu. Teoretycznie oczywiście, ale to zawsze coś niż nic. Tam też teza Wojciechowskiego jest najbardziej widoczna.  Stąd jestem zdania, że wszystkie komisje powinny być transmitowane tak samo, jak sesje Rady Miejskiej. Sesje, to kiepskiej rozrywki teatr. Komisje to zupełnie inna waga.

Fragment tekstu:

A co mówi o tej samej sytuacji ustrój wewnętrzny organu stanowiącego? Nic nie mówi, bo organ stanowiący nie dba o swoją podmiotowość (bez względu na to, w jakiej sytuacji postawił Radę Miejską ustawodawca). Oczywiście każda gmina posiada taki dokument, który organizuje ustrój wewnętrzny Rady Miejskiej. Jest nim statut gminy, który zwyczajowo tłumaczy, jak praktycznie Rada Miejska powinna realizować swoje, ograniczone prawem, zadania. Ale niczego tam się nie dowiemy o tym, w jaki sposób organ stanowiący rozpatruje postulat radnego. Nie dowiemy się, bo organ stanowiący w praktyce chce być blisko organu wykonawczego, w praktyce bardziej interesuje się organem wykonawczym, jest zachłyśnięty jego możliwościami i przez to gubi swoje kompetencje i możliwości.

  1. (1) Słowo na niedzielę. Rewolucja i jej uspołecznione efekty, czyli moje chrześcijaństwo

Tekst opublikowałem 27 stycznia 2019 roku. To był wpis, który sprowokował w sumie ksiądz Adam Żygadło z parafii Królowej Jadwigi po tym, jak dość surowo na swoim profilu facebookowym ocenił Muzeum Ziemi Wschowskiej. Uznałem wtedy, że skoro ksiądz ocenia świeckie instytucje, to ja wysłucham niedzielnych kazań, głoszonych we wschowskich parafiach i podzielę się swoimi spostrzeżeniami. Ale zanim do tego doszło, zacząłem od tego wpisu, bo też uznałem, że dobrze będzie, jeżeli krótko opiszę miejsce, z którego wyruszam w niedzielę, żeby tych kazań słuchać. Gdybym to doświadczenie (niedzielne kazania i moje do nich pięć groszy) miał podsumować, to chyba tylko tak, że na każdym poziomie życia takich małych miasteczek, jak Wschowa, czy to świeckich, czy religijnych, przewija się ten sam problem – że one się sprawdzają, odgrywają swoją rolę gdzieś tak do poziomu szkoły podstawowej. Potem trzeba już szukać samemu i takie miasteczka, jak Wschowa, nie mają już niczego do zaoferowania.

Fragment tekstu:

Chrześcijaństwo bierze swój początek wraz z pojawieniem się Jezusa. Każdy o tym wie. Jego nauczanie spisane jest w czterech ewangeliach. To, czego nauczał Jezus jest rewolucją, ewenementem w skali spisanej historii świata. Pozostałe księgi Nowego Testamentu, część Dziejów Apostolskich, wszystkie listy i apokalipsa Jana, to już element uspołeczniania nauk Jezusa, administrowania jego naukami, w pewnym sensie świadectwo kompromisów i kondycji człowieka wobec rewolucji, jaką proponował Jezus. Wyjątkiem byłby tutaj Paweł z Tarsu, ale to zupełnie osobny wątek. W chrześcijaństwie liczy się wspomniana rewolucja. Nie widzę jej nigdzie. Nie słyszałem o niej. Rewolucję zajęła jej forma uspołecznienia. Tym dzisiaj zajmuje się religia oraz szeroko pojęta sztuka.

  1. ½ etatu dla radnego Glińskiego, dwie wizytówki na cały powiat dla mieszkańca Mazura

Tekst opublikowałem 9 maja 2019 roku. Wydaje mi się, że z rozpędu. Od 9 dni nie pracowałem już wtedy w Zw.pl i uznałem, że coś z blogerskiego obowiązku warto napisać. Później mi to na szczęście przeszło. To znaczy ten obowiązek sobie odpuściłem i pisałem już (chyba), kiedy byłem czymś poruszony, a że był to rok dość szczególny, to też tych wpisów powstało trochę. To był jeszcze czas, kiedy Zdzisław Mazur pojawiał się na sesjach – powiatowych i miejskich i od czasu do czasu zabierał głos. Potem z tego zrezygnował – a jego rezygnacja z tej aktywności dość trafnie odzwierciedla nastroje mieszkańców w tym małym, depresyjnym miasteczku. Był to też czas, kiedy radnego Przemysława Glińskiego znałem bardziej z zawodowego obowiązku niż prywatnie. Od kiedy nagrywamy program ,,Rozmowy o Wschowie”, te relacje uległy zmianie.

Fragment tekstu:

Na koniec warto jeszcze przypomnieć, że mieszkaniec Wschowy Zdzisław Mazur, kiedy prosił radnych o to, by się zastanowili nad udostępnieniem kontaktów do siebie, otrzymał dwie wizytówki. Od radnego Mariana Kulusa i wicestarosty – Waldemara Starosty.

Nie wiem, o czym dokładnie panowie myśleli, kiedy wręczali te wizytówki. Że Mazur jest na emeryturze, więc może zająć się ich kolportażem? Że jak ma tyle wolnego czasu, jeździ rowerem po całym powiecie, to przy okazji powrzuca te wizytówki do skrzynek? Czy sam z siebie zwoła spotkanie we wszystkich miejscowości w powiecie i zorganizuje publicznie czytanie zawartości tych dwóch wizytówek? I czy myśleli wtedy, że te dwie wizytówki wystarczą na 40-tysięczny powiat? Trudno tak ad hoc odpowiedzieć na te i inne rodzące się pytania.

  1. Notatki z Lginia. O likwidacji szkół wiejskich

Tekst opublikowany 5 grudnia 2019 roku. Nie pojechałbym do Lginia, gdyby nie fakt, że jeden z mieszkańców z Lginia zaprosił mnie tam. Nie wiem, czy to prawda, bo tego nie weryfikowałem, ale przekonywano mnie, że mieszkańcy nie chcą nikogo innego, pomimo tego, że nie miałem do zaoferowania ani kamery, która mogła zarejestrować to spotkanie, ani nie stały za mną żadne lokalne media. To oczywiście połechtało moją próżność i ostatecznie pojawiłem się na tym spotkaniu. Tuż przed rozmową przedstawicieli Urzędu z mieszkańcami Lginia, natknąłem się na tych pierwszych. A dokładnie na osobę, z którą do tej pory miałem – tak myślę – dość dobre relacje. Nie będę wchodził w szczegóły, ale okazało się, że z jakichś powodów stoi już między nami mur. I miałem takie wrażenie, że to mur, który powstał z tekstów, publikowanych tutaj, na fb i na wschowa.news. Cóż, taki mur jest chyba mocniejszy niż ten berliński.

Fragment tekstu:

W poprzedniej kadencji, kiedy podejmowano rozmowy na temat likwidacji szkół (ufiliowania, bo była mowa właściwie o filiach) – argument był jeden – ekonomia. W tej kadencji, jak można było usłyszeć na spotkaniu, argumenty są dwa – ekonomiczny i społeczny. Innymi słowy mówi się, że oczywiście są finanse gminy, które nie stoją najlepiej, ale jednocześnie nie zapomina się o mieszkańcach, kiedy myśli się o budżecie gminy. Niestety za tą, powiedzmy, ambitną zasłoną, nie kryją się żadne konkrety. Na koniec pozostaje tylko i wyłącznie ekonomia. I to moim zdaniem trzeci błąd – taki, że obecna władza nie wypracowała takich argumentów, które różniłyby się czymkolwiek od argumentacji poprzedników.

  1. Będzie wojna

Tekst opublikowany 31 stycznia 2019 roku. Rzecz dotyczy wpływu komentarzy na lokalnych portalach (w tym wypadku na Zw.pl) i ich oddziaływaniu na lokalne władze. Często powtarzam, że przecenia się role komentarzy. Pracując przez osiem lat w lokalnych mediach, wiem, że nie są one ani głosem społeczeństwa, ani nawet ich części. Co nie zmienia faktu, że z jakichś powodów mają one wpływ na lokalnych polityków. Najlepszym komentarzem do tego zjawiska niech będzie jeden z ostatnich newsów, jaki pojawił się na facebookowym profilu miesięcznika ,,Press”. Otóż w nowej wersji serwisu tygodnikpowszechny.pl – czytamy tam – internauci nie będą mogli już komentować artykułów. Po analizie 33 tysięcy komentarzy, autorzy serwisu zauważyli, że połowa z tych komentarzy należy do 12 użytkowników, a za 12 tysięcy komentarzy odpowiada (jak Państwo myślicie? Ilu?) – 6 autorów. Niech to będzie i mój komentarz do tej psychozy, jaką sobie tworzą lokalni politycy na bazie wszelkiej maści komentarzy w sieci.

Fragment tekstu:

Co zatem można? Można to, o czym mówi burmistrz, czyli rozmawiać ze wszystkimi. Mieć jakiś rozsądny pomysł i rozmawiać, szukać kompromisu z każdą ze stron tego widowiska, troszczyć się o dzieci. To można. Nie można jednak w tych czasach oczekiwać, że nie będzie wojny w komentarzach i emocjonalnych reakcji czytelników na lokalnych portalach. Wojna będzie, bo to nie jest Cecyliada, czy festiwal piosenki patriotycznej w wykonaniu przedszkolaków, gdzie komentarzy nie ma wcale lub pojawiają się rzadko. To nawet nie są wybory samorządowe, bo dla większości czytelników lokalnych portali to nie są emocje, które wywołują dylemat typu być, albo nie być. To coś więcej. To wojna, bo bezpośrednio dotyczy setek osób w tej gminie. Kto ma odwagę wziąć w niej udział?

  1. Będzie Dżem we Wschowie, ale nie będzie Pearl Jam, czyli eschatologiczne dylematy prowincjusza

Tekst opublikowany 7 marca 2019 roku. Kolejny koszmarnie długi tytuł. Pomijając fakt, że Dżem na Dniach Wschowy zrobił furorę, a mieszkańcy i przyjezdni się dobrze bawili i chyba uznano, że Dni Wschowy wyjątkowo udane, rodzi się we mnie przeczucie, że mamy we Wschowie do czynienia z konserwatywnym burmistrzem, co z kolejnymi miesiącami przerodzi się w pewność, że burmistrz reprezentuje skrajny konserwatyzm. To w sumie nic takiego. Jedni są konserwatywni, inni liberalni, a jeszcze inni lewicowi. Tym bardziej to nic takiego, kiedy sobie myślę, że właśnie Wschowa jest taka – skrajnie konserwatywna (jak większość tego rodzaju miasteczek) a przy tym depresyjna. Zatem – jakby nie patrzeć – nic lepszego nie mogło się temu miasteczku trafić.

Fragment tekstu:

Mam tylko taki mały problem, że widziałem na zdjęciach zespół do organizacji Dni Wschowy. Był to zespół, który składał się z dyrektorów instytucji kultury, był komendant Straży Miejskiej, pracownicy Urzędu – znane postacie życia samorządowego. Był również wśród nich burmistrz – powiedziałbym, najważniejszy, ale i nowa postać. Gdyby to uprościć, można by powiedzieć, że na zdjęciach widziałem osoby, po których mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać (w pozytywnym tego słowa znaczeniu, które przez lata przyzwyczaiły mieszkańców do jakiejś wizji miasta) i nową osobę, po której jeszcze nie wiadomo, czego się spodziewać (w tym pozytywnym znaczeniu, bo jakiś kierunek przecież zmian został nakreślony w trakcie kampanii wyborczej). I tak tylko się zastanawiam, kto zaproponował zespół Dżem na Dni Wschowy? Czy propozycja wyszła od doświadczonych samorządowców, czy od samorządowca, który życie samorządu dopiero poznaje? I czy był ktoś, kto zaproponował Pearl Jam (w sensie, rozumiesz drogi czytelniku, czy nie bardzo?)?

 

Samointeligencja (parafraza)

(parodia, parafraza, chwilami nie parodia, ale nadal parafraza popularnego w pewnych kręgach utworu Maty ,,Patointeligencja”; będzie do tego audio; wkrótce)

Samointeligencja

Mój ziomo w ostatni dzień roku na efbu coś zamieszcza
Po to, by emeryci myśleli, że spotkali wieszcza
No i wieść ta nie przebija się dalej, weź nalej, nie miesztaj
Mój ziomo jest burmem, ale się spełnia
W retuszu ma kawę i ściemnia innym burmom, że jest najlepsza
Dom – retusz w garach, dom – retusz w RODerkach
Mój ziomo z mym ziomem za pieniądze mieszczan
Zostali radnymi, ale coś im się miesza
Mój ziomo coś z głową
Mój ziomo coś z mową
Mój ziomo z mym ziomem nie grali w pokerka
Miało być rano, znowu to samo, bez kworumerka
I znowu ktoś ucierpi, lokalna Werka, zaraz – przecież moja też ma na imię Werka
Mój ziomo miał piecyk, mój ziomo miał rękaw
Mój ziomo na NowyRo nie dostał piwerka
I teraz na efbu wali po nerkach
Mój ziomo jest burmem i bawi się w berka
Nie pykło, bo co to za męka
Że jakaś orgia w retuszu znowu mu klęka

Mój ziom miał dom, ale go sprzedał Bo w domu pił, a poza nim nie miał Ochoty, ciągoty, i w kółko ta meta Miasto w którym nie chcesz a się przemieszczasz Nie chcesz, a się przemieszczasz Z nie miejsca w nie miejsca, Z nie miejsca w nie miejsca my to samointeligencja
Żyto. Żyto. Samointeligencja
Żyto. Samointeligencja (x6)
Mój ziomo nie słucha Comy, przeczytał burmerka
Rodzice, menele, lokalsi i moja Werka
No kurwa, więcej was tutaj chyba mama nie znała
I grubo na efbu, bo ona teraz pieca nie będzie miała
Mój ziomo to przeczytał i chuj go strzelił
W domu z którego już stary piec wyjebał, bo nic innego nie miał, żeby wyjebać
I jest gorąco w mieście kurewskim od głosów, dialogów, krzyków i pieśni
A rok wcześniej w całe ziomalskie wieśpaki
Żeśmy się śmiali, że tamci przegrali, a oni wygrali
(ha, ha)
Mój ziomo wali te efbu
Mój ziomo ma ten piec, który go wyśmiał
Skończył się śmiać i wtargał przez okno, takie ma mięśnie
I kurwa nie powiem, czy w słowach, czy w myślach
Mój ziomo zaczął się lękać – boiska, taksówki i nowy deptak
Seniorzy dorwali, jak błąkał się z jednej sali do drugiej sali
Mojego zioma seniorzy laskami okładali
I wreszcie seniorzy go olali
Mój ziomo z mym ziomem w przerwie na papierosa się dogadali
I przed efbu stąd wyjechali
Mój ziom na odwagę napisał, że to ich wina
Siedział przed lapkiem i zacząl się zwierzać
Mój ziomo się dostał do rady
A cała mieścina raz serial, raz kebab, raz homo porady
Mój ziomo maila wysłał nawet do papieża żeby z nim przystał
Ale papież nie miał czasu i wysłał mu kryształ
A teraz mu znowu coś wysłał
Mój ziomo jest burmem, mój ziomo szturmem, mój ziomo cyklista
Mój ziomo jest radnym, mój ziomo jest ładny, mój ziomo intelektualista
My to samointeligencja.

Żyto. Żyto. Samointeligencja
Żyto. Samointeligencja (x6)
My to samointeligencja

Osiem szkół, dyrektor i dla pieszych przejścia
Na alko nie ma już miejsca
Na rynku nie znajdziesz nawet menela, by przetrwać
Boiska na wioskach i lampy na przejściach
W parkach burdelka, na Elce zdjęcia
W zw masz newsy, nawet nie klękaj
Masz te chodniki, podziemne przejścia
Nie ma już jej, za to jest nowa osoba w starych
Sweterkach

My to samo inteligencja (x2)

Miasta już nie ma, ale jest efbu, więc się nie przejmuj
Nowe są filmy, remont jest sali i nowe korzyści w peelkach
Rower, samochód, w banku kolejka Gówno burza w spodenkach Miałem tu zioma, nie ma już zioma
Zacząłem go szukać, bo miałem już, kurwa, dość gówno burzy w spodenkach

Zacząłem go szukać, bo miałem już dość gówno burzy w spodenkach
A nigdy nie chciałem być w mieście schowanym w ich urojonych mękach
I zawsze myślałem, że spalić to miasto to jeszcze nie jest udręka
I pierdolę ziomkę i zioma bo co to za bieda w retuszu zdjęcia

Zacząłem go szukać, bo miałem już dość gówno burzy w spodenkach
A nigdy nie chciałem być w mieście schowanym w ich urojonych mękach
I zawsze myślałem, że spalić to miasto to jeszcze nie jest udręka
I pierdolę ziomkę i zioma bo co to za bieda w retuszu zdjęcia

 

 

Przesyłka z Rzymu – tragikomedia w czterech odsłonach

Watykan, 19 października 2019 r. / VINCENZO PINTO/AFP/East News

Ostatnie dwa miesiące pracowałem nad tekstem dramaturgicznym, inspirowanym – mówiąc najogólniej – Synodem Amazońskim. W sumie nie tyle synodem, co pewnym wydarzeniem, które było szeroko omawiane, ale w dość wąskim, katolickim kręgu.

Otóż najpierw w Ogrodach Watykańskich w ramach dialogu religijnego Indianie pojawili się z drewnianą figurką Pachamamy, inkaską boginią płodności, a potem ktoś kilka rzeźb, przedstawiających brzemienną boginię, wykradł z rzymskiego kościoła Santa Maria In Transpontina i wrzucił do Tybru. Papież Franciszek się zirytował, drewniane figurki ponoć wyłowiono z rzeki i wróciły do kościoła. To zdarzenie, jak i wiele innych decyzji, jakie podjęto podczas Synodu Amazońskiego, spotkały się z falą krytyki tak papieża, jak i kierunku, w jakim zmierza kościół katolicki pod kierunkiem biskupa Rzymu.

,,Przesyłka z Rzymu” (bo taki ma tytuł) jest tekstem, z którym wchodzę w 2020 rok. W jednej ze scen, moi bohaterowie prowadzą taki mniej więcej dialog, cytuję:

MĘŻCZYZNA I: Coś tutaj nie gra

OJCIEC FRANCISZEK: No tak można najkrócej podsumować życie człowieka.

I tego też życzę w Nowym Roku czytelnikom tego bloga, aby jak najczęściej coś tutaj grało, niż nie grało.

Tekst udostępniam w linku poniżej. Być może ktoś z Państwa się skusi i zechce podzielić się opinią. Szczęśliwego, Nowego Roku.

Przesyłka z Rzymu

 

 

Schodki, czyli 78% sprzeciwia się likwidacji szkół wiejskich

Motto:

Zostawcie nasze schodki

My tu tylko pijemy to piwo

I palimy lolki

No sorki

Że byliśmy trochę głośni

Na na na, na na na, na na na

(Mata, Schodki)

Wschowa.news  zapytała w sondzie na facebooku, czy likwidować, czy też nie likwidować szkół wiejskich. 749 osób wzięło udział w tej ankiecie. 78 procent z nich zagłosowało przeciw likwidacji. Pani wiceburmistrz Marta Panicz-Szajnkenig nawet zaangażowała się w tę akcję, udostępniając link do sondy na swoim profilu facebookowym. Poważna sprawa się z tego zrobiła. Jeszcze nie tak dawno, na ostatniej sesji Rady Miejskiej, radna z koalicji rządzącej lekceważąco wypowiadała się o sondzie, w której źle oceniono pracę burmistrza Wschowy. Teraz drugą internetową sondą, którą zorganizował lokalny portal, zainteresowała się pani wiceburmistrz. Tym bardziej jest to godne uwagi, ponieważ od roku pani wiceburmistrz udostępnia na swoim profilu najczęściej wiadomości produkowane przez oficjalne profile gminy Wschowa oraz burmistrza Konrada Antkowiaka. A teraz – proszę, panią wiceburmistrz zainteresowała sonda przeprowadzona przez lokalny portal. Ciekawe, co na to radna z koalicji. Też wzruszy ramionami?

Ale do brzegu.

Podobnie, jak w poprzedniej sondzie, w tej, gdzie wschowa.news pytała użytkowników facebooka, jak oceniają pracę burmistrza Wschowy, tak i teraz nie możemy mówić o profesjonalnych badaniach. Owszem, w sondzie wzięło jeszcze więcej osób, niż ostatnio, ale możemy jedynie mówić o pewnej tendencji, którą warto w jakiś sposób zinterpretować.

Chyba pojawiły się pierwsze schodki, a właściwie schody, których nie da się już sprowadzić do facebookowych haseł z kampanii wyborczej. W żaden sposób nie działają, prawda? Kiedy trzeba obrać strategię na rozmowy z mieszkańcami, rodzicami i dyrektorami szkół, kiedy trzeba się z nimi spotkać, bo to nie są wirtualne byty, tylko realne osoby, które niekoniecznie są zachwycone planami Ratusza. Kiedy trzeba te realne osoby przekonać do tego, że po stronie Ratusza stoją tylko i wyłącznie szlachetne intencje, jak dobro tego miasta, które się kocha, dobro budżetu, którego jest się nieustraszonym strażnikiem, czy dobro nas wszystkich. Wtedy dopiero okazuje się, co warte są te hasła. Co warte są w kontakcie z mieszkańcami. Czy ktoś poza autorami tych haseł, jeszcze w nie wierzy? Że budżet gminy za rok się rozpadnie, że rząd RP drenuje samorząd wschowski, że demografia nie działa itd., itp. – niby to takie racjonalne, może nawet szlachetne, a jednak nie działa. Mówi się o tym, na facebooku zamieszcza się grafiki ilustrujące problemy, a w kontakcie z mieszkańcami schody, schodki, nie idzie już tak łatwo. Tam lajki, a tutaj opór. Tam przychylność, a tutaj spór. Tam wirtualność, a tutaj realność.

Opinia publiczna, mieszkańcy Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy to nie są podległe Ratuszowi jednostki publiczne, to nie jest muzeum, opuszczony przez dwie wybitne osoby, to nie są radni koalicji rządzącej. To są schodki, a właściwie schody. Tutaj nie zadziałają okrągłe zdania, memy, facebooki i inne gadżety.

 

 

 

Notatki z poniedziałkowej komisji: Dlaczego raport oświatowy nie uwzględnia likwidacji SP Osowa Sień?

Jeżeli uczciwie mielibyśmy wyciągać jakieś sensowne wnioski z raportu o stanie oświaty na terenie gminy, który pokazał Urząd, to nie wynika z niego, że w gminie powinny zostać cztery szkoły podstawowe. Wynika z niego, że jedynym sensownym rozwiązaniem są trzy szkoły podstawowe na terenie gminy. Jeżeli oczywiście uwzględnić tylko czynnik ekonomiczny.

W poniedziałek odbyło się kolejne spotkanie poświęcone wschowskiej oświacie. Tym razem pani wiceburmistrz i dyrektor Biura Oświaty rozmawiali z radnymi o dokumencie, który tydzień temu opublikowała na swoim profilu facebookowym radna Katarzyna Owoc-Kochańska, czyli o raporcie o stanie oświaty. Z tego raportu wynika, że pracownicy Urzędu po wcześniejszej analizie finansów gminy, analizie demograficznej, uwzględniając takie zjawiska, jak dowożenie dzieci z miejscowości wiejskich do szkół we Wschowie, czy rosnące od lat koszty wschowskiej oświaty, uznali, że gmina powinna zlikwidować cztery szkoły wiejskie – w Konradowie, Lginiu, Łysinach i Siedlnicy.

Na spotkaniu była obecna dziennikarka portalu zw.pl, rejestrowała to spotkania, prawdopodobnie więc zainteresowani będą mieli okazję wysłuchać tej dyskusji.

Nie wchodząc w szczegóły, w trakcie tego spotkania ustalono, że Biuro Oświaty przygotuje kolejny dokument, bardziej szczegółowy, w którym pojawią się nowe informacje, które pozwolą radnym podjąć decyzję co do przyszłości szkół wiejskich.

Wspominałem już po spotkaniu w Lginiu, że przekaz gminy jest niejednoznaczny co do szkół wiejskich. Pan dyrektor nieustannie powtarza, że prezentacja na temat oświaty, pokazywana mieszkańcom Konradowa, Lginia, Łysin i Siedlnicy właściwie po spotkaniu z mieszkańcami Konradowa była już nieaktualna choćby ze względu na rejonizację czy stan infrastruktury szkół wiejskich, który był zbyt ogólnikowy, co z kolei wywoływało nieporozumienia. Jeżeli chodzi o rejonizację, to po spotkaniach w ubiegłym tygodniu, wynik ich jest taki, że rozważany jest scenariusz przeniesienia wszystkich uczniów (lub większości) ze szkół wiejskich do SP3. Co do infrastruktury szkół, okazało się, że – jak można było się domyśleć – jedne placówki mają większe potrzeby, drugie mniejsze.

Jednak w całej tej dyskusji są to drobiazgi wobec zasadniczego pytania, które sprowadza się do tego, czy likwidować, czy nie likwidować szkół wiejskich. Które szkoły likwidować, a które ewentualnie zostawić. Czy przenieść uczniów z Łysin do Lginia, a jeżeli tak, to co na to pozostałe placówki z Konradowa i Siedlnicy? Rzeczą zrozumiałą jest, że zostawienie jednej z tych placówek sprawi, że pozostałe będę bronić się przed zamknięciem. Problemów jest cała masa. Uwag do dokumentu, jaki przedstawił Urząd również jest sporo, ale zdaniem przedstawicieli szkół, jest to dokument, który na tle wcześniejszych tego rodzaju opracowań, które powstawały w ostatnich latach, i tak wyróżnia się rzetelnością.

Jeżeli uczciwie mielibyśmy wyciągać jakieś sensowne wnioski z raportu, który pokazał Urząd, to nie wynika z niego, że w gminie powinny zostać cztery szkoły podstawowe. Wynika z niego, że jedynym sensownym rozwiązaniem są trzy szkoły podstawowe na terenie gminy. W takim kierunku zmierza demografia gminy. SP Osowa Sień pomimo tego, że ich plan finansowy oraz koszt jednego ucznia, wygląda podobnie, jak w SP1 i SP2, to jednak nie zmienia faktu, że liczba urodzeń w gminie, spada z roku na rok. Za kilka lat do szkół na terenie gminy pójdzie, według raportu, 200 uczniów (szkoły zwracają uwagę, że od tej liczby należy odjąć około 10 procent, co daje nam 180 uczniów) i rozsądnie byłoby ich umieścić w trzech szkołach, a nie czterech.

Jeżeli konsekwentnie traktować to kontrowersyjne zdanie, zamieszczone w raporcie, że dzieci z miejscowości wiejskich lepiej się będą rozwijać w miejskich szkołach, to dlaczego Urząd zgodnie z raportem, miałby pomóc dzieciom z Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy, a zostawić na pastwę losu, dzieci z Osowej Sieni. Jak pomagać wszystkim, troszcząc się o ich rozwój, to nie zapominajmy w takim razie o Osowej Sieni.

Na koniec, niepokojący jest jeszcze jeden fakt, który należałoby wyjaśnić. W tabeli nr 12 na szesnastej stronie raportu, który otrzymali radni, widzimy, że koszt jednego ucznia w SP3 wynosi 20 tysięcy złotych, czyli aż 14 tysięcy więcej, niż przewiduje to subwencja. Jest to największy koszt w gminie, poza SP Siedlnica, gdzie koszt jednego ucznia wynosi 27 tysięcy i przekracza subwencję o 18 tysięcy. Dla porównania SP Osowa Sień, która ma mniej uczniów niż SP3 (Osowa Sień – 134 uczniów, SP3 – 168) koszt jednego ucznia wynosi 12 tysięcy złotych i gmina dokłada do ucznia 3 800 złotych. Różnica jest ogromna. A to oznacza, że w SP3 dzisiaj widać z daleka, że coś jest nie tak z planem finansowym, bo jeżeli w SP1 i SP2 koszt ucznia wynosi kolejno – 8 800 złotych i 9 200 złotych (zaokrąglam liczby to pełnych setek), to dysproporcje są ogromne i w mojej ocenie należałoby te dane uszczegółowić, żeby radni mieli wgląd i świadomość dlaczego koszty ucznia w SP3 są tak duże, jak w szkołach wiejskich (Lgiń, Łysiny, Konradowo), gdzie uczniów jest trzy razy mniej.

To, o czym napisałem wyżej nie uwzględnia oczywiście strategii gminy, która została obrana w sprawie likwidacji szkół wiejskich. Jak już wspominałem, pisałem o tym w innym miejscu i w mojej ocenie jest to strategia, która co by nie mówić, polega na chowaniu głowy w piasek, jest nieudolna i zniechęca do siebie społeczności wiejskie. Nie uwzględniłem też społecznych strat lub ewentualnych zysków, wynikających z ewentualnych decyzji, likwidujących szkoły wiejskie. To wymagałoby osobnego omówienia, a właściwie szczerej rozmowy na poziomie gminy.

Notatki z Lginia: O likwidacji szkół wiejskich

Gdyby do nas przyszła (w sensie: gdyby do nas przyszła likwidacja szkół wiejskich – przyp. RK)

skłamałbym, że wyszłaś,

że na świat nie przyszłaś

(parafraza z ,,Wojenki” Lao Che)

Wróciła propozycja likwidacji szkół wiejskich w Konradowie, Lginiu, Łysinach i Siedlnicy. Rozmawiano o tym we wtorek z nauczycielami SP Konradowo oraz mieszkańcami tej miejscowości, a w środę z nauczycielami SP Lgiń oraz mieszkańcami Lginia. W czwartek podobne spotkanie odbędzie się w Łysinach, a dzień później w Siedlnicy.

W Lginiu o reformie oświaty, czyli likwidacji szkół, rozmawiali pani wiceburmistrz Marta Panicz-Szajnkenig oraz dyrektor Biura Oświaty i Spraw Społecznych Dawid Gierkowski wraz z dwiema urzędniczkami z Referatu Oświaty. Spotkanie z mieszkańcami trwało 2 godziny bez kilku minut.

Warto też wspomnieć, że od wtorku dostępny jest w sieci dokument ,,Informacja o stanie oświaty”, który trafił bodajże do radnych właśnie we wtorek. Może do niektórych wcześniej. Co nie zmienia faktu, że jest on dostępny na profilu facebookowym radnej Katarzyny Owoc-Kochańskiej. Wynika z niego, że plan jest taki, aby od roku szkolnego 2020/2021 funkcjonowały na terenie gminy cztery szkoły – trzy we Wschowie (SP1, SP2 i SP3) oraz SP Osowa Sień.

Zanim w kilku słowach zrelacjonuję to dwugodzinne spotkanie, to muszę poczynić kilka słów wstępu. O tym, że obecna ekipa będzie chciała reformować oświatę, było wiadomo kilka miesięcy wcześniej. Szkoły się na ten scenariusz już dawno przygotowały, podobnie, jak małe, lokalne społeczności Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy. Była to tylko kwestia czasu, kiedy obecna władza podejmie rozmowy na ten temat. I myślę, że po doświadczeniach ostatniej kadencji, to błąd, że najpierw w przestrzeni publicznej pojawiły się plotki, a potem co gorsza, potwierdziły się. Już na tym poziomie – podejrzewam – pojawiła się nieufność co do intencji Ratusza. Bo gdyby wtedy, może nawet od samego początku kadencji, nowa władza miała odwagę rozmawiać z mieszkańcami, dzisiaj mogłaby zaproponować jakieś rozwiązania, które byłyby wynikiem tych rozmów. A tak, przynajmniej na spotkaniu w Lginiu, początek miał sugerować, że nie ma jeszcze żadnych decyzji, jest czas na rozmowę, a dokumenty, które są dostępne w sieci, mówiły jednak co innego. To drugi powód, dla którego trudno było przekonać do siebie rozmówców.

W poprzedniej kadencji, kiedy podejmowano rozmowy na temat likwidacji szkół (ufiliowania, bo była mowa właściwie o filiach) – argument był jeden – ekonomia. W tej kadencji, jak można było usłyszeć na spotkaniu, argumenty są dwa – ekonomiczny i społeczny. Innymi słowy mówi się, że oczywiście są finanse gminy, które nie stoją najlepiej, ale jednocześnie nie zapomina się o mieszkańcach, kiedy myśli się o budżecie gminy. Niestety za tą, powiedzmy, ambitną zasłoną, nie kryją się żadne konkrety. Na koniec pozostaje tylko i wyłącznie ekonomia. I to moim zdaniem trzeci błąd – taki, że obecna władza nie wypracowała takich argumentów, które różniłyby się czymkolwiek od argumentacji poprzedników. Jak ktoś słusznie zauważył na spotkaniu w Lginiu, są to tylko zabiegi pijarowskie, za którymi nie widać, a przynajmniej przedstawiciele Urzędu nie potrafią przekonać, że za likwidacją szkół wiejskich stoi również troska o mieszkańców. Być może za tą troską stoi to słynne już zdanie z dokumentu, który otrzymali radni, że ,,z powodu mniejszej liczby kontaktów z innymi ludźmi słabszy jest rozwój społeczny i większa nieśmiałość dzieci wiejskich„. Kryje się za tym obietnica, że po reformie oświaty, czyli likwidacji szkół wiejskich, rodzice z Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy za jakiś czas będą mieli w swoich domach śmiałe i rozwinięte społecznie dzieci. Może to jest ten społeczny aspekt tej reformy. Nie wiem, jak w Konradowie, ale w Lginiu mieszkańcy nie kryli oburzenia do tego stopnia, że pani wiceburmistrz pytała publicznie dyrektora dlaczego to zdanie zostało zawarte w tym dokumencie. Może się mylę, ale to również nie pomogło w budowaniu jakiejkolwiek formy zaufania.

Jednym z nielicznych argumentów, niezwiązanych z ekonomią, które miałyby stać za likwidacją szkół wiejskich jest fakt, że z każdej z tych szkół część dzieci dowożona jest do Wschowy. Spisałem to sobie i sprawy mają się następująco:

Na 66 uczniów z Lginia, 50 uczy się w SP Lgiń, 16 dojeżdża do Wschowy

Na 87 uczniów z Łysin, 53 uczy się w SP Łysiny, 34 dojeżdża do Wschowy

Na 73 uczniów z Siedlnicy, 36 uczy się w SP Siedlnica, 37 dojeżdża do Wschowy

Na 95 uczniów z Konradowa, 52 uczy się w SP Konradowo, 43 dojeżdża do Wschowy

Argument jest taki, że spora część dzieci jest dowożona do Wschowy, zatem jest to naturalny kierunek, w którym zmierzają szkoły wiejskie. Zdaniem obecnych na spotkaniu rodziców dzieje się tak, ponieważ od dawna jest zły klimat wokół szkół wiejskich i część rodziców uznała, że skoro w gminie wraca, jak bumerang, chęć likwidacji tych placówek, to będą swoje dzieci dowozić do Wschowy. Nie wiem, czy tak jest na pewno, bo nie rozmawiałem z tymi konkretnymi rodzicami, ale wynika z tego, że w takim razie pozostali nie ugięli się i stanowią ten najtwardszy elektorat, który będzie bronił szkół wiejskich za wszelką cenę. Mówiąc inaczej przedstawiciele Urzędu spotykają się dzisiaj z rodzicami zdeterminowanymi. A w związku z tym negocjacje wcale nie wydają się być łatwiejsze. Na to zdaje się Urząd też nie był szczególnie przygotowany, myśląc, że dane, które przedstawił, mogą w jakikolwiek sposób przekonać tych rodziców, którzy nie podjęli decyzji o dowożeniu dzieci do Wschowy. A skoro do tej pory takiej decyzji nie podjęli, to czym w takim razie miałby ich skusić Ratusz? Tego nie wiadomo i zdaje się nie ma na to pomysłu.

Nie znam planów obecnej władzy, ale warto mieć z tyłu głowy i taki scenariusz, że likwidacja szkół wiejskich, bez filii, to plan optymalny, który niekoniecznie Ratusz chce zrealizować. Pomijam oczywiście już fakt, jak potoczą się rozmowy w Radzie Miejskiej, czy to w ogóle jest dzisiaj realne do przeforsowania na poziomie Rady.

W poprzedniej kadencji, kiedy po raz pierwszy podjęto rozmowy na temat likwidacji szkół, była mowa o likwidacji Gimnazjum nr 1 i ufiliowaniu szkół wiejskich. To był ten optymalny plan. Na koniec wycofano się ze szkół wiejskich, co miało być wyrazem kompromisu, a zlikwidowano Gimnazjum nr 1. Później powtórzono ten manewr, a kompromisem, widocznym z daleka, było zachowanie Szkoły Podstawowej w Osowej Sieni. Jak wszyscy pamiętają, zmiana ustawy sprawiła, że na jakąkolwiek likwidację szkół wiejskich nie zgodziła się pani Kurator. Chociaż, jak przedstawiał to ówczesny obóz władzy, ta reforma mogła się udać, gdyby Rada jednogłośnie podjęła taką uchwałę, a mieszkańcy nie wnosiliby protestów. Stało się inaczej, atmosfera w gminie w żaden sposób nie dawała nadziei na jakiekolwiek porozumienie.

A jak jest dzisiaj? Gdyby założyć, że rzeczywiście Ratusz ma wypracowany jakiś ukryty kompromis, który położy na stole za miesiąc, np. taki, że zostawia na wsiach klasy I-III, to – znowu – i tak odbędzie się to poza mieszkańcami, a będzie się wokół tego rozwiązania budowało większość w Radzie. Jeżeli jednak i takiego ukrytego kompromisu Ratusz dzisiaj nie posiada, to w sumie cała ta historia traci sens, bo jaki cel właściwie miałyby te wszystkie zaplanowane spotkania z rodzicami i nauczycielami? Chyba tylko taki, żeby te społeczności wiejskiej zirytować i zniechęcić do siebie na dobre.