Hej, patrz, co za upadek człowieka

Na naszym osiedlu mijałem dzisiaj na chodniku taką mieszankę warzywną, składającą się z kilku fasolek, może kilkunastu, dwóch, może trzech połówek ziemniaków i jednego pomidora.

W sumie nie wiem, czy mogę używać określenia, że tę mieszankę znalazłem na naszym osiedlu, bo jestem tutaj od niedawna, raptem kilka lat, palę papierosy na ławce do tego stopnia, że jak ktoś tę ławkę zajmie, a ja przenoszę się na drugą, to sąsiedzi podpytują, żartując, że miejscówkę zmieniam i co się stało, że do tego doszło. Zdaję sobie też sprawę, że od pewnego czasu to miejsce może wielu osobom kojarzyć się z bezrobotnym, byłym dziennikarzem, który jara nieustannie pod blokiem fajki. Więc czy na pewno jestem częścią tego osiedla, to chyba historia już osądzi.

Nie zmienia to jednak faktu, że tę mieszankę warzywną mijałem dzisiaj, w niedzielny poranek, a potem i wieczorem, więc co najmniej z dwa razy. Ktoś zapyta, a dlaczego nie posprzątałem tej mieszanki. Mam na to odpowiedź. Jak ją zobaczyłem, pomyślałem, że o niej napiszę, ale wcześniej zrobię zdjęcie. Ale – chyba każdy mniej więcej wie, jak wygląda jego niedziela i że to dzień święty, żebyś święcił – nie byłem pewien, czy wypada mi w niedzielę z aparatem kłaść się na chodnik i z perspektywy chodnika fotografować fasolki i rozdeptane ziemniaki i pomidora. Bo jeszcze w zwykły dzień, to jakoś by to chyba przeszło w sposób niezauważony, nie rzucałoby się tak w oczy. Najwyżej ktoś by powiedział: patrz, a ten bezrobotny, to teraz z nudów zdjęcia robi mieszankom warzywnym, a mógł robić zdjęcia burmistrzowi i jego zastępcom. Co za upadek człowieka.

Więc przez to, że to była niedziela – chodziłem, kręciłem się i w końcu zdjęcia nie zrobiłem, a i posprzątać, też nie posprzątałem. Więc wychodzi na to, że nie dosyć, że palę, to jeszcze nie sprzątam mieszanek warzywnych. Żadnych lajków z tego mojego osiedlowania tutaj nie ma, jak widać.

W każdym razie, kiedy tak sobie myślałem o tej mieszance, bo założyłem, że komuś wypadła z rąk i nie było chyba sensu jej podnosić, no nie wiem, ale pomyślałem sobie przy okazji, że nie dosyć, że sam się tak zaplątałem w życiu, że wszystko trzymam kurczowo w rękach, żeby tylko czegoś z nich nie wypuścić, to jednocześnie świat taki ujrzałem, który kurczowo dziesięć srok za ogon trzyma i za cholerę żadnej nie pozwoli się uwolnić. A tutaj, w takiej Wschowie, proszę, mieszankę warzywną ktoś upuścił, na chodniku leży roztrzaskana, udeptana, ale jeszcze można ją rozpoznać. Swoją drogą przyjdźcie jutro tutaj popatrzeć, pozwiedzać, być może jeszcze będzie leżała, a przynajmniej jej fragmenty.

Wracając jednak do tej myśli, że człowiek, w tym ja sam, trzyma kurczowo w rękach taką przysłowiową mieszankę warzywną i za nic nie chce jej wypuścić z rąk, bo wydaje mu się, że wraz z tym wszystko się zmieni, słońce zajdzie, ziemia się zatrzęsie albo księżyc przestanie świecić. To patrząc dzisiaj na te fasolki, udeptanie połówki ziemniaków i pomidor, uznałem, że chyba nie.

Że trzeba czasami coś z tych rąk upuścić, niech się rozbije o chodnik na osiedlu, niech go tam ludzie omijają, niech inni rozdeptują, niech on powoli zanika, nic więcej tego, co się upuści, nie czeka. Jedynie tyle, że za chwilę nie będzie po tym śladu.

I tak sobie pomyślałem, że wcale nie muszę zabierać głosu w sprawach, związanych z lokalną polityką. Mogę to wypuścić z rąk. Że być może nie muszę się upierać, że w życiu zawodowym, nie chcę mieć nikogo, kto by mi mówił, co mam robić. Może i to warto wypuścić z rąk. Może warto wypuścić z rąk ten nadmiar ambicji, że można  w moim wieku jeszcze wyjść poza osiedle. Może w ogóle warto wszystko wypuścić z rąk. Niech się rozbije o chodnik na osiedlu, nikt tego i tak nie podniesie, samo zniknie, na trzeci dzień już nikt o niczym nie będzie pamiętał. No, może będzie pamiętał bloger. Ale przecież zdarzają się takie sytuacje, że platformy blogowe wypuszczają z rąk blogi i nie ma ich w przestrzeni Internetu, leżą gdzieś na osiedlu kilka dni i ślad po nich ginie. I nie ma po nich śladu.

 

Reklamy

Patryk Vega – brzydszy brat Smarzowskiego, ale za to bliźniak Rogera Aliesa

Słyszałem ostatnio Patryka Vegę u Jacka Żakowskiego w poranku Tokfm i widziałem w Onet Rano, jak jeździł z Jarosławem Kuźniarem po ulicach Warszawy. Panowie zaprosili reżysera do swoich programów chyba dlatego, że robi film o politykach, a Żakowskiemu i Kuźniarowi pewnie wydaje się, że będzie to obraz – nieważne jaki, ważne o czym – wymierzony w polityków Prawa i Sprawiedliwości. Mogą przecież tak myśleć, bo od samego początku twórca Pitbulla dawał do zrozumienia, kręcąc marketingowe lody, że film nie jest na rękę rządzącym. Jeszcze nikt filmu nie widział, a już sam Jarosław Kaczyński się wypowiadał na jego temat, a wszyscy wiedzą, że Jarosław Kaczyński wypowiada się w ostateczności i byle czego nie komentuje.

Sam Vega, który do tej pory nie przyciągnął swoimi filmami takiej liczby widzów, jak film Kler Smarzowskiego, odgraża się, że jest facetem i już przed premierą swojego filmu pobił Kler na łeb, na szyję. Marzy mu się pobić rekord frekwencyjny Kleru, bo prawdę mówiąc, Vega myśli tymi samymi kategoriami, co jego zdolniejszy brat reżyser Smarzowski. Smarzowski jest wyrafinowany, a Vega nie. Można by powiedzieć, że ten pierwszy reprezentuje dzisiejszy lewicowo-liberalny sposób myślenia, a Vega konserwatywny, przaśny i ludowy. Obaj w swoich filmach mówią mniej więcej o tym samym tylko ze względu na elektorat/publiczność stosują inne narzędzia. Są do siebie podobni, chociaż na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli (kiedyś to dokładnie omówię, ale póki co, nie mam na to czasu).

W związku z tym Vega przy okazji swojego obrazu wykorzystał do promocji filmu, którego jeszcze nikt nie widział, takie osoby, jak Kaczyński, Pawłowicz, Misiewicz, Żakowski i Kuźniar oraz wiele innych osób, o których nie wiem, bo nie mam czasu, żeby to wszystko śledzić i rejestrować.

Jakiś czas temu lubiany i szanowany przeze mnie Tomasz Raczek ukuł opinię, że filmy Vegi są tak złe, jak filmy Barei pod wieloma względami, ale publiczność te filmy kupuje i w żaden sposób nie należy zdaniem Raczka, lekceważyć tego reżysera (ciekawe kto przewidział po jego kinowym Pitbullu sprzed 14 lat, że ten reżyser pójdzie w tym, a nie innym kierunku). No i swoją drogą to ciekawe, że obecnie publicyści z liberalno-lewicowej strony chwalą zalety Vegi, pomimo tego, że jego marketing wzorowany jest na PR Prawa i Sprawiedliwości. A jeżeli nie jest wzorowany, to niczym się nie różni.

Zdaniem Raczka reżyser Vega stworzył swój własny, rozpoznawalny język filmu, którym w doskonały sposób komunikuje się z polską publicznością. Może i tak jest, ale odnoszę takie wrażenie, kiedy słucham Patryka Vegi, że światem filmu zaczęły rządzić te same mechanizmy, co światem polityki. A sam Patryk Vega mówi o swojej publiczności, to samo, co PiS o swoich wyborcach. Ponoć reżyser wydaje duże pieniądze, żeby dowiedzieć się, czego chcą Polacy i on im to daje. Swoją drogą, jakbym słyszał Rogera Aliesa, twórcę konserwatywnego kanału Fox News, granego przez Russela Crowe’a w serialu ,,Na cały głos”

Nie wiem o czym będzie nowy film Patryka Vegi, poza tym, że o politykach. Podejrzewam jednak – udowodnienie tej tezy wymagałoby sporo czasu, a póki co, tego czasu nie mam – że to Prawo i Sprawiedliwość natchnęło Patryka Vegę do robienia takich a nie innych filmów (jego sukcesy frekwencyjne zaczęły się na dobre za czasów rządów PiS) i że właśnie w elektorat tej partii Vega celuje. Szkoda, że tego nie rozumie Żakowski, ani Kuźniar.

 

Wszystkie możliwe tłumy ciągną tutaj

Na placu zabaw od dwóch tygodni wzmożony ruch, jakiego jeszcze nie widziałem. Znajomi, których okna wychodzą na plac również takiego ruchu nie widzieli. Ktoś nawet powiedział, że nie ma już w mieście miejsca, gdzie można by pójść, więc wszystkie możliwe tłumy ciągną tutaj, na koniec Wschowy. Ponoć tak będzie wyglądała apokalipsa, że będą tłumy ciągnąć w poszukiwaniu jakiejś arki, która by ich uratowała przed tym, co nieuchronne. Być może nawet już teraz, wbrew sobie, tłumy tutaj ciągną, wbrew rozkładom dnia i wszelkim innym intuicjom, aby się przygotować, by nie popadać w nadmierną melancholię w niespiesznym oczekiwaniu tego, co być musi.

Może bym tego nie zauważył, tego wzmożonego ruchu, ale kontuzja kolana, która trafiła mi się przypadkiem, sprawiła, że wyjrzałem przez okno, a tam ruch taki, jakiego świat na tym placu nie widział. Więcej jest dzieci niż dorosłych, zwierzęta nawet zaczęły się pojawiać po latach posuchy, teraz są to tylko koty i psy, ale plac powoli ewoluuje, żeby przyjąć inne stworzenia boże i nie-boże, Słychać przy tym specyficzny szum, który wytwarza tłum w oczekiwaniu na to, co przyjść musi.

Dla każdego będzie to coś innego. Dla jednych wygrana PiS, dla innych zwycięstwo trzech bloków opozycyjnych, dla jeszcze innych koalicja PSL i Kukiz’15 poza burtą placu, a dla pozostałych jesienny powrót Marka Kuchcińskiego na fotel marszałka Sejmu. Cokolwiek jednak się nie wydarzy, wiem już, że plac zabaw będzie się zapełniał, pojawią się języki, których nie rozumiem i gesty, których nie znam, będzie więcej szumu, a mniej ciszy, a potem ona nadciągnie, apokalipsa i wszyscy popadną w zadumę, że tyle osób mogło się zmieścić na tym, bądź co bądź, niewielkim placu, na skraju miasta, i że wszyscy oni zdążyli się uratować przed tym, przed czym uratować się nie sposób.

I dopiero wtedy plac wróci na swoje własne tory. Szum ustanie, a tłumy przestaną nadciągać. Wszyscy się rozejdą i będzie cicho, albo będzie cicho, bo nam to, co nadciąga, skalpelem precyzyjnie poodcina małżowiny uszne. I będziemy w oknach machać do siebie w świecie postapokaliptycznym, chyba, że nam też ręce odetną, to będziemy mrugać przynajmniej, a kto lepszego wzroku, ten to mrugnięcie dostrzeże.

Polityka, regulamin i finanse, czyli o tym dlaczego nie ma w tym roku Wschowskiego Budżetu Obywatelskiego

Oświadczenie burmistrza Wschowy w sprawie wstrzymania realizacji projektów Wschowskiego Budżetu Obywatelskiego składa się z trzech elementów, które zdecydowały o takiej, a nie innej decyzji. Mamy trzy przesłanki w oświadczeniu: polityczną, prawną (przestrzeganie regulaminu WBO) i finansową. Z tych trzech, żadna nie jest na tyle przekonująca, aby odebrać mieszkańcom tegoroczny budżet obywatelski.

Polityka

Burmistrz zdecydował się na krok, na który nie zdecydowała się Rada Miejska w poprzedniej kadencji, gdzie opozycja miała większość i w każdej chwili mogła po prostu zagłosować przeciwko realizacji WBO. Nie robiła tego, a raczej starała się udoskonalić lub wprowadzić takie zmiany w regulaminie, które w takiej, a nie innej sytuacji politycznej Wschowy, sprawiały, że zasady głosowania stawały się bardziej przejrzyste i odbierały rządzącym ewentualny wpływ na wyniki głosowania. Wyrzucenie w tym roku WBO jest najprostszym rozwiązaniem i prostszego raczej trudno sobie wyobrazić.

Warto też zauważyć, że w poprzedniej kadencji radni opozycji mieli taką samą pozycję w gminie, jak dzisiaj burmistrz. W związku z tym, że mieli większość, mogli decydować o czym chcieli, a jednak nie podjęli decyzji o wyrzuceniu WBO do kosza, chociaż pojawiało się w trakcie kolejnych lat wiele wątpliwości, co do sensu tego projektu, Podjęli próbę zreformowania WBO, wiedząc, że jakaś część mieszkańców angażuje się i bierze czynny udział w tworzeniu projektów i promowaniu ich wśród mieszkańców. Jedyny zarzut, jaki pojawił się podczas ostatniej edycji, kiedy mieszkańcy oddali już głosy, był taki, że komisja, która je liczyła, była pomniejszona o przedstawicieli klubów radnych. I to był cały problem. I wokół tego problemu należało szukać rozwiązania, które byłoby satysfakcjonujące dla wszystkich, a przede wszystkim dla mieszkańców, którzy zaangażowali się w WBO z własnej, nieprzymuszonej woli, poświęcając często na to swój prywatny czas, swoje prywatne pieniądze, swoje zaangażowanie.

To właśnie, czyli zaangażowanie części mieszkańców gminy znalazło się w ubiegłym tygodniu w koszu. Nie zdobyli się na taką odwagę radni opozycji, którzy w poprzedniej kadencji mieli większość w Radzie. Można by powiedzieć, analogicznie, że za to odwagę taką odnalazł w sobie burmistrz, wyrzucając to wszystko do kosza, ale w mojej ocenie, jest to bardziej efekt bezradności, niż szukania optymalnego rozwiązania w tej sytuacji. I powiedziałbym też, że jest to rozwiązanie siłowe wobec mieszkańców, wynikające z uprawnień, jakie posiada burmistrz. Brak w tym oświadczeniu zależności przyczynowo-skutkowych, widoczny jest jedynie fakt, że burmistrz jest burmistrzem i jednym oświadczeniem może zdecydować tak, a nie inaczej.

Regulamin

W oświadczeniu czytamy o czterech nieprawidłowościach, polegających na tym, że regulamin nie był przestrzegany w czterech punktach. W oświadczeniu czytamy o szeregu uchybień, ale nie przesadzałbym z tym szeregiem, bo rodzaj tych nieprawidłowości poza jednym jest naprawdę małego kalibru, nigdy nie były one podnoszone przez radnych poprzedniej kadencji i mieszkańców, a także krytyków poprzedniej władzy. Nie mamy zatem szeregu nieprawidłowości, a raczej jedną nieprawidłowość i trzy niedopatrzenia, które na zdrowy rozsądek nie miały żadnego wpływu na przebieg Wschowskiego Budżetu Obywatelskiego.

Pierwszy z nich, najważniejszy, to powołanie komisji bez udziału radnych, który to udział gwarantował regulamin. I co do tego nikt nie miał od samego początku wątpliwości, że jest to poważne naruszenie regulaminu WBO, tym bardziej, że właśnie o głosowanie i jego tryb toczyły się w poprzedniej kadencji spory.

Druga nieprawidłowość, o której czytamy w oświadczeniu to brak podania kwoty przeznaczonej na realizację projektów WBO na tablicach ogłoszeń. Regulamin mówi, że informacja taka powinna zostać podana na stronie internetowej miasta oraz na tablicach ogłoszeń. Pojawiła się na stronie internetowej i w gazecie wschowa.pl. Jest to oczywiście jakieś niedopatrzenie, chociaż trzeba zaznaczyć, że rozumiejąc sens ogłaszania informacji o kwocie, przeznaczonej na WBO, autorom regulaminu zależało na tym, aby ta informacja została podana do publicznej wiadomości. Została podana w dwóch miejscach. Tablice ogłoszeń zastąpiono gazetą i literalnie jest to oczywiście błąd, ale mając na myśli intencje twórców regulaminu, zadbano o to, aby ta informacja nie tylko została podana do publicznej wiadomości, ale również by dotarła do jak najszerszej grupy odbiorców.

Trzeci zarzut, o jakim czytamy w oświadczeniu, brzmi w ten sposób, że nie zostało wydane zarządzenie, w którym podany byłby harmonogram realizacji działań. Tutaj mam problem natury prawnej. Harmonogram realizacji zadań jest załącznikiem do uchwały, jaką Rada Miejska podjęła 5 lipca 2018 roku. To nie jest tak, że nigdy taki harmonogram się nie pojawił w przestrzeni publicznej. Pytanie jest takie, czy ten punkt regulaminu jest zasadny, bo rzeczą naturalną jest, że uchwała Rady Miejskiej jest aktem prawa miejscowego, a zarządzenie takim dokumentem nie jest, jest dokumentem niższego rzędu. Jeżeli harmonogram pojawił się w uchwale, to jaki sens jest go powielać w zarządzeniu? Może ma sens, nie jestem w tym zakresie znawcą, natomiast nie można pominąć faktu, że harmonogram pojawił się wraz z uchwałą Rady Miejskiej i był każdemu znany i nie pamiętam, żeby ktokolwiek podnosił problem braku znajomości harmonogramu.

Czwarta nieprawidłowość, to brak zarządzenia, w którym byłaby mowa o trybie głosowania. Jest to również niedopatrzenie, ale jak pokazała ubiegłoroczna edycja, brak tych zarządzeń w żaden sposób nie miał wpływu na przebieg realizacji poszczególnych etapów WBO. Każdy wiedział, że tryb głosowania się zmienił z elektronicznego na tradycyjny.

Oczywiście powie ktoś, że skoro trzy z czterech nieprawidłowości traktuję jako niedopatrzenia, które nie miały żadnego wpływu na przebieg Wschowskiego Budżetu Obywatelskiego, to dlaczego tę jedną nieprawidłowość należy uznać za zasadną, ważną, znaczącą? Albo wszystkie zapisy regulaminu są przestrzegane, albo żaden. I jest w tym oczywiście sporo racji. Zwracam uwagę jednak na ciężar gatunkowy tych nieprawidłowości i historię sporów o Wschowski Budżet Obywatelski. W oświadczeniu burmistrza nie zostały podane skutki tych trzech nieprawidłowości, nikt na nie tez nie zwracał do tej pory uwagi, wydaje się, że nie miały one żadnego, dosłownie żadnego wpływu na przebieg WBO i jedyne co należałoby w takim razie dopełnić, to tyle, żeby następnym razem regulamin pod tym względem był przestrzegany kropka w kropkę, jeżeli oczywiście miałoby to sens. Trudno przecież w takiej sytuacji odebrać mieszkańcom WBO, bo nie pojawiło się zarządzenie, które i tak nie miało na nic żadnego wpływu.

Ta jedna, jedyna nieprawidłowość, czyli brak radnych w komisji stanowiła problem, ponieważ od samego początku pojawiały się wątpliwości co do uczciwych zasad głosowania na zgłoszone projekty. Radni nie mogli doprosić się protokołu z liczenia głosów w poprzednich edycjach. Stąd zapis w regulaminie o udziale radnych w komisji, liczącej głosy.

Gdyby jednak uznać, że wszystkie te uchybienia, niedopatrzenia i nieprawidłowości mają ten sam ciężar gatunkowy, to i tak na końcu powstaje pytanie – dlaczego to mieszkańcy mają ponieść tego konsekwencje?

Finanse

I na koniec pojawiają się finanse w oświadczeniu burmistrza. Finanse w żaden sposób niezwiązane z budżetem obywatelskim, ale z termomodernizacją. Do Wschowy przyjechały osoby z Urzędu Marszałkowskiego, stwierdzono nieprawidłowości, polegające na tym, że nierówno traktowano potencjalnych wykonawców tego zadania i pomniejszono przez to dotację. Co to ma wspólnego z Wschowskim Budżetem Obywatelskim? Tego nie wiem, oświadczenie też o tym milczy. Mam jednak wrażenie, że znowu pojawia się tutaj aspekt polityczny, a mianowicie taki, że nieustannie przypomina się, że poprzednia władza popełniła błędy przy termomodernizacji. I gdyby tak jeszcze powtarzano, to niech tam, niech to będzie powtarzane, takie prawo obecnie rządzących, widzą w tym sens. Myślę jednak, że można z tego wyciągnąć wniosek, że nie ma WBO, a winnych należy szukać wśród osób, związanych z poprzednią władzą. Dla mnie to jednak słaby argument. Wolałbym, żeby brzmiał on mniej więcej tak, skoro już tak musi brzmieć: poprzednicy wszystko zepsuli, ale my mamy rozwiązanie i wygląda ono w tym roku tak i tak. Rozwiązania jednak nie ma, a WBO ponoć ma się pojawić w następnych latach. Będzie trzeba zatem obserwować bacznie przestrzeganie regulaminu co do kropki i przecinka, żeby nie było potem, że znowu coś będzie nie tak, a konsekwencje poniosą mieszkańcy, którzy z jakichś powodów będą chcieli jeszcze raz zaryzykować udział w projekcie, który z powodów proceduralnych, niezależnych od mieszkańców, może zostać wstrzymany.

Takie są, inne nie są

W poniedziałek oddałem do biblioteki Alice Munro. Oddałbym przy okazji jeszcze kilka spraw, które leżą mi, jak to się mówi, na sercu, ale spraw tych biblioteka mi nie wypożyczyła, więc nie mogła też ich ode mnie przyjąć, nawet gdybym przekonywał, że nic w zamian nie chcę, że może komuś innemu się przydadzą, to wiem, że na nic by się zdały te negocjacje.

Chociaż wyobraziłem sobie potencjalnego czytelnika, który przyszedłby do biblioteki i zapytał o jakieś zagadnienie, temat, historię, którą – okazałoby się – jeszcze nikt nie napisał, a pani bibliotekarka powiedziałaby – nie mamy takiej książki, ale mamy tutaj pewne sprawy oddane przez jednego z naszych czytelników, nie są one spisane, ani wypowiedziane, są jedynie pomyślane, może by je pan od nas wziął bo nam ciążą, a są jak na wymiar, w sam raz, odpowiadają na potrzeby twoje, potencjalny czytelniku, który chyba głową chcesz przebić mur, mur, który, stał tutaj od niepamiętnych czasów, a jeżeli kiedyś nie stał, to nie ma nikogo, kto by to pamiętał, więc, dobrze, weź pan/pani te sprawy i je przejrzyj, bo w sam raz się wydają dla pana/pani, pani/pana, są w sam raz, żeby sobie wszystko nadwerężyć i nigdzie nie dotrzeć. Takie są, inne nie są.

Jutro musimy być w formie – opowiadanie, moje urodziny

Jest taki zwyczaj nowy, że w dniu urodzin, zbiera się pieniądze na jakiś szczytny cel. Niestety nie zbieram, nie mam na to pomysłu, chociaż pewnie coś by się znalazło, ale może innym razem.  A, że mam dzisiaj urodziny, to proponuję inny transfer, w dodatku bezgotówkowy.

Odszedłem od Zw, między innymi po to, żeby spełnić swoje odwieczne marzenie, związane z literaturą. Poniżej zamieszczam opowiadanie, które powstało miesiąc temu na bazie opowiadania, które napisałem z 10 lat temu. Piszę od zawsze, chociaż z perspektywy dwóch miesięcy, odkąd zrezygnowałem z pracy w Zw, wiem, że czeka mnie trudny czas, żeby  przebić się piętro wyżej. Może to się uda, może nie. Zobaczymy.

Dlatego zamiast zbiórki proponuję lekturę poniższego tekstu. To historia kobiety i jej przyjaciół, których antymieszczański styl życia prowadzi w niebezpieczne rejony. Może się ktoś z czytelników tego bloga zdecyduje. Zamiast zbiórki, życzeń facebookowych, proponuję lekturę dość długiego opowiadania i podzielenie się wrażeniami, Zaproponowałbym lekturę powieści nad którą pracuję, ale to może za rok, jak ją skończę i uda się ją wydać.

Jutro musimy być w formie

Czy możliwe jest odwołanie burmistrza

Odwołanie burmistrza wydaje się pozornie niepotrzebną nikomu awanturą, stratą pieniędzy, hucpą i kpiną z wyborców, bo przecież najczęściej referenda lokalne, dotyczące odwołania burmistrza, kończą się porażką ze względu na słabą frekwencję. Wschowa przeżyła taką sytuację w poprzedniej kadencji. Tym bardziej myślenie dzisiaj o referendum wydaje się niepoważne i z daleka pachnie awanturnictwem.

A pomimo tego coraz częściej pojawiają się głosy, że burmistrza należy odwołać. Nie, nie są to tylko anonimowe komentarze na stronach lokalnych mediów, których jest pełno na Elce i zw.pl. Dzisiaj wypowiadają się na ten temat osoby z imienia i nazwiska w żaden sposób nie związane i niepełniące jakichś ważnych funkcji w mieście. Zwykli mieszkańcy o tym mówią, powołując się na tę nieudaną próbę odwołania pani burmistrz Danuty Patalas. Mówią oni, że przyczyny tamtejszego referendum są nieporównywalne z tym, co dzieje się dzisiaj.

A co się dzieje dzisiaj? Jeszcze będzie czas o tym napisać, na razie zaznaczmy, że ten temat wraca, jak bumerang. Już nie tylko w anonimowych wpisach, ale również w publicznych wypowiedziach, powszechnie dostępnych. Do mnie samego docierają głosy, że w przypadku obecnego burmistrza, referendum najprawdopodobniej by się udało. I nie są to odosobnione głosy, chociaż – żeby być tutaj w miarę rzetelnym – nie są też ich setki. Nie będę też ukrywał, że docierają do mnie opinie konkretnych osób na tyle rozczarowanych polityką obecnego burmistrza, że są w stanie zaryzykować tezę, że jest gorzej niż za czasów byłego wiceburmistrza.

Czy zatem dzisiejsze głosy na temat odwołania burmistrza są awanturnictwem, hucpą, smarkaterią itp.? Myślę, że to zależy od osoby, która wypowiada się na ten temat. Trudno tak wszystkich wrzucić do jednego worka. Na co innego jednak chciałbym zwrócić uwagę i poniekąd zaproponować czytelnikom tego bloga trochę inny sposób myślenia o referendum.

Na przykład w Sejmie podejmuje się próby głosowania nad wotum nieufności wobec poszczególnych ministrów, czy też wobec rządu. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że tego rodzaju wnioski składa opozycja. Zawsze wiadomo (chociaż zdarzały się wyjątki, albo jeden wyjątek, nie pamiętam teraz, sprawdzę to przy okazji innego wpisu), że tego rodzaju inicjatywa jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale dzięki temu, przed takim głosowaniem, na sali sejmowej toczy się debata, w której opozycja ma szansę uzasadnić swoją decyzję, a potem długo i namiętnie spierać się z rządzącymi o to, kto ma rację w tym sporze. Jest to również okazja dla Polaków, zainteresowanych ogólnopolską polityką, wysłuchania rozmaitych głosów za i przeciw odwołaniu tego lub innego ministra, tego lub innego rządu. Na koniec i tak w 99 procentach dla wszystkich jest pewne, jaki będzie końcowy wynik głosowania, a jednak często korzysta się z tego narzędzia. Czasami jest to wręcz jedyna okazja, żeby mocno się pospierać ze sobą. Sam fakt, że wynik głosowania jest z góry przesądzony, nikogo nie odstrasza przed złożeniem wniosku o wotum nieufności.

Stąd też moje przeświadczenie, że warto rozmawiać o tym, czy odwołanie burmistrza jest możliwe. Uznałem nawet, że koniecznie stworzę zakładkę na blogu, zatytułowaną referendum lub odwołanie burmistrza – pomyślę jeszcze. Raz w tygodniu na pewno przejrzę tzw. Internety i odnotuję, gdzie i w jakim miejscu mówi się o referendum. A także, jeżeli będą nadal do mnie docierały głosy w tej sprawie, będę je systematycznie zamieszczał.

Na koniec – zdaję sobie sprawę, że przykłady sejmowe, które podałem wcześniej, nie kosztują podatnika, tyle, ile referendum lokalne. Zgoda. Z kolei odwołanie na przykład starosty nie jest już tak kosztowne. Wystarczy wniosek i głosowanie podczas sesji rady jakiegokolwiek powiatu i jeżeli wnioskodawcy mają większość, to starosta traci stołek. Tak na przykład zdarzyło się nie tak dawno w Górze. Czy ktoś odwołanie starosty nazwałby hucpą, awanturnictwem? Pewnie tak, zawsze się ktoś taki znajdzie, ale nie będzie to już awanturnictwo w tej mierze, co próba odwołania burmistrza, wystarczy, że starosta straci większość w radzie i wszystko jest możliwe. Takie są zasady. Podobne są w przypadku burmistrza, z tą różnicą, ze obwarowane są większą liczbą warunków, które muszą zaistnieć, aby pozbawić burmistrza tej funkcji.

Nie nawołuję więc do referendum. Broń Boże. Proponuję rozmowę na ten temat. W końcu – mam takie wrażenie – dość szybko rośnie liczba osób, zniechęconych i rozczarowanych nowym burmistrzem. Czy to przypadek, złośliwość losu, czy jakiś inny chochlik? Trudno powiedzieć. Może w trakcie, jak będę dodawał kolejne artykuły na ten temat, coś się na tym blogu wyklaruje w tej sprawie i będzie przynajmniej jasność, czy osoby, które coraz głośniej podnoszą wątek odwołania burmistrza, awanturują się jedynie, czy też stoją za tym racjonalne przesłanki.

 

Pani Marto, przykro mi, ale pomyliłem się

W 2017 roku z Tygodnika Kulturalnego odszedł prowadzący Michał Chaciński. Być może niewielu czytelników tego bloga o tym wie, tym bardziej, że minęło od tego czasu 2 lata. Tygodnik Kulturalny to program, który emitowany jest w każdy piątek, poza okresem wakacyjnym, w TVP Kultura. Krytycy, publicyści, związani z literaturą, filmem, teatrem, muzyką, komiksem oraz sztuką omawiają wybrane nowości tygodnia. Wśród dotychczasowych osób, które tworzyły i tworzą ten program, byli między innymi Justyna Sobolewska (literatura), Jacek Sieradzki i Jacek Wakar (teatr), Bogusław Deptuła, Iwo Zmyślony (sztuka) Agnieszka Szydłowska,  Jacek Marczyński, Grzegorz Brzozowicz (muzyka), Zdzisław Pietrasik, Magdalena Sendecka, Maciej Maciejewski (film), Adam Gawęda (komiks) i inni.  Michał Chaciński przez 12 lat prowadził Tygodnik Kulturalny, ale pełnił też rolę krytyka. Kiedy odszedł, program nadal był nadawany w każdy piątek i tak jest do dzisiaj. Nie wprowadzono nowego prowadzącego, uznano, że goście/eksperci będą zamiennie prowadzić Tygodnik Kulturalny. Niby nic się nie zmieniło. Dzień nadawania ten sam, godzina mniej więcej też się nie zmieniła, częstotliwość również, nazwa programu pozostała, nawet eksperci ci sami, a trzeba dodać, że to osoby, które znają się na swoim fachu, jak mało kto. A pomimo tego nikomu do tej pory nie udało się zastąpić Michała Chacińskiego, jego wszechstronnej wiedzy, umiejętności dialogu, łagodzenia sporów lub ich podsycania, odwagi, by w mniej lub bardziej zawoalowany  sposób odwoływać się do swoich emocjonalnych doświadczeń, miał dar, jak mało kto, doceniać jednocześnie w dyskusji głosy na tak i głosy na nie i w mistrzowskich puentach, podsumowywał każdą dyskusję, uwzględniając rozmach ocen co do jakości i wartości omawianych tematów.

Myślę, a właściwie jestem przekonany, że dla 95 procent osób różnica jest niedostrzegalna. I jestem również przekonany, że te 95 procent żyje w przeświadczeniu, że nie ma ludzi niezastąpionych. Mało tego, będą mieli na to dowód – proszę bardzo, Chaciński prowadził, teraz nie prowadzi, a program hula dalej w TVP Kultura, a eksperci nadal się wypowiadają, a nowości filmowe, teatralne, literackie nadal są omawiane. Więc w czym rzecz? Problem polega na tym, że nie tak łatwo wytłumaczyć w czym rzecz. Bo na to nie ma już racjonalnych argumentów. Przecież wszystko się zgadza, prawda? Nic się nie zmieniło poza prowadzącym. A jednak program nie ma już błysku geniuszu, jest jak wiele innych tego typu programów, nic go już nie wyróżnia, ale też niekoniecznie chce się go oglądać. Jest to oczywiście nadal program na wysokim poziomie, ale właśnie na takim poziomie, wysokim, jeden produkt od drugiego produktu można tylko odróżnić błyskiem geniuszu. I – jak wspomniałem – dostrzec tę subtelną różnicę potrafi pewnie 5 procent ludzkości albo jeszcze mniej.

Piszę o tym wszystkim, mając na myśli bezduszny komunikat, który w piątek wyszedł z Urzędu Miasta i Gminy Wschowa na temat tego, że Muzeum Ziemi Wschowskiej nie ma już dyrektora w osobie Marty Małkus i że będzie ogłoszony konkurs na dyrektora placówki. Moje pierwsze wrażenie było takie, że UMiG informuje o tym, że im się uszczelka w zlewie zużyła i zamierzają wstawić nową. Takiej mniej więcej jakości była to informacja. Później pomyślałem, że burmistrzowi i jego zastępcom ktoś wyrwał serce, bo tak wypruty z emocji komunikat o człowieku, który oddał 6 lat swojego życia publicznej instytucji, może powstać jedynie w głowach osób, którym ktoś to serce wyrwał, ewentualnie nigdy tego serce nie mieli, zawsze byli pozbawieni empatii, a na pewno należą do tego ścisłego i elitarnego grona 95 procent ludzi, którzy nie widzą różnicy, czy to Zenek, czy Mariolka będą prowadzić coś tam, takie coś co ma dwie siedziby, jedną na Placu Zamkowym, a drugą na Placu Farnym, skąd płyną zaproszenia na wernisaże i nigdy nie wiadomo, czy się zdąży na otwarcie, bo tyle tych siedzib, że można je ze sobą pomylić. Może jak się zmieni dyrektor, to ta instytucja nie będzie zajmować dwóch siedzib, tylko dwa pomieszczenia.

Czytając ten bezduszny komunikat między innymi o tym, że pani dyrektor zaproponowano kontrakt na 6 miesięcy, odebrałem to jako formę upokorzenia. Myślę, że jak burmistrz dojdzie do wprawy, to następnym razem zaproponuje komuś przedłużenie o miesiąc kontraktu, jeżeli oczywiście będzie miał okazję jeszcze kiedykolwiek negocjować warunki pracy z osobą pokroju Marty Małkus.

Widzę też, że we wschowskim UMiG specjaliści od PR postanowili sprzedać tę historię w ten sposób, że wszystko byłoby ok., ale nie dogadano się w sprawie wynagrodzenia. Rozsądni czytelnicy, tak myślę, doskonale rozumieją ten przekaz. Większości jednak próbuje się wcisnąć, że tak naprawdę to Małkusowej chodzi o kasę, a nie o Muzeum Ziemi Wschowskiej. Więc gdyby tak ktoś pomyślał, to koniecznie muszę dodać, że kiedy na początku roku rozmawiano o budżecie MZW, pani dyrektor zwracała uwagę, że nie ma pieniędzy na podwyżki dla pracowników muzeum i brak większej dotacji dla placówki, może skończyć się tym, że wartościowi pracownicy po prostu nie dadzą rady pracować tylko dla idei. Muzeum nie zwiększono budżetu, ale pani Marta podniosła pensje pracownikom. Nie wiem jakim kosztem, ale zdecydowała się na to. Zadbała o swoich ludzi. Na koniec tak zwani PR-owcy z UMiG próbują zostawić wrażenie, że pani dyrektor chodzi o kasę. Żałosne.

I na koniec osobiste wspomnienie. Po jednej z moich relacji z komisji kultury, pani Marta została wezwana na dywanik za słowo mobbing, którego użyła, wskazując na to, że brak dodatkowych środków dla Muzeum, to rodzaj mobbingu. Spotkałem panią Martę, idąc do pracy. Nie będę opowiadał całego tego zdarzenia, bo miało ono dość dramatyczny charakter, tak bym to ujął. Pani Marta spytała mnie wtedy, a może bardziej stwierdziła, że chyba nie ma dla niej już miejsca w tym mieście. Odpowiedziałem wtedy, że to nieprawda, że dla nas wszystkich jest miejsce we Wschowie.

Pani Marto, przykro mi, ale pomyliłem się.

(Foto: Zw.pl)

Diabeł ubiera się u Prady? Nie, dzisiaj mieszka w domach, zbudowanych przez mistrzów murarstwa

Taki murarz, jak wraca do domu, to przywozi ze sobą mnóstwo ubytków na swojej murarskiej skórze. One się pojawiają na ciele murarza wraz z wiekiem, jest ich coraz mniej, a może wcale nie, może jest ich więcej, faktem jest, że nikomu do głowy nie przyjdzie, żeby uznać je za stygmaty, święte znaki, które mogłyby chociaż przez chwilę sprawić, że teolog jeden z drugim popadłby w zadumę nad żywotem murarza. Liczne ubytki na jego ciele nie interesują religioznawców, filozofów, antropologów, są poza spektrum zainteresowań humanistów. A to chyba błąd. Bo kładzie taki murarz wielowarstwowy materiał hydroizolacyjny (zwany papą) na dachu, nagrzewa ten materiał specjalnie do tego skonstruowanym palnikiem i na przykład, przekładając rolkę tej papy, bo trzeba ją jakoś rozwinąć, sama się nie przeturla z jednego krańca dachu na drugi kraniec, więc robiąc to, co trzeba przy tej robocie, taki murarz się poparzy, zdarzają się takie przypadki, jest ich sporo, może nawet więcej niż można sobie to wyobrazić. Poparzenia nie są niczym przyjemnym, bo zazwyczaj murarz, który zajmuje się również izolacją dachu, ma na rękach rękawice, więc najpierw podgrzana palnikiem izolacja rozgrzewa rękawice, a potem dopiero to, co się pod tą rękawicą kryje. Najczęściej jest to ludzka skóra.

Potem taki murarz idzie, trafia na jakiś skos, bo zapomniał, że sufit ma jakiś kąt nachylenia, wygląda to z daleka na demoniczne nachylenie i na pewno nie sprzyja człowiekowi i w efekcie połowę łba mu urywa, a – proszę państwa – taki murarz pomimo tego, wstaje o poranku z tymi wszystkimi znakami na ciele (i chyba duszy) i do głowy mu nie przyjdzie, że mógłby z tego powstać jakiś wpis na blogu. Nie, nie mógłby. Jak taki murarz wraca do domu, z tymi wszystkimi ubytkami, z poparzeniami, ze świadomością, że nie wiadomo czym się skończy zderzenie głowy ze skosem, który nagle wyrósł murarzowi nie wiadomo skąd, i nie ma właściwie pewności, czy jeszcze wszystkie sprężyny, łączące głowę z tułowiem, działają, uwierzcie, taki murarz na nic nie ma już ochoty.

A pomimo tego niczym się nie różni, taki murarz od Mirandy Priestly, naczelnej magazynu modowego ,,Runway”, Mirandy, zagranej przez rewelacyjną Meryl Streep w filmie ,,Diabeł ubiera się u Prady”. A jego pomocnicy (sam jestem od dawna dobrze zapowiadającym się pomocnikiem murarza) od asystentek Mirandy – Andrei Sachs i Emily Charlton.

Z Wikipedii dowiecie się, że ponad tysiąc lat temu murarz był wolnym zawodem, wędrował taki murarz po Europie i wznosił budowle, które – jeżeli zachowały się do dzisiaj – budzą zachwyt i są przedmiotem licznych opracowań. Ich pomocników wtedy nazywano czeladnikami. Wikipedia twierdzi, że dzisiaj murarz najczęściej kojarzony jest z robotnikiem budowlanym. Być może, ale to jest raczej jakiś żart, bo nie przystaje w żaden sposób do rzeczywistości. Dzisiaj murarz, podobnie jak ponad tysiąc lat temu, to wolny zawód. Przemierza on już nie tylko Europę, ale jak trzeba to i cały świat, żeby wznieść jakąś budowlę. Jest jak Miranda Priestly. Dzisiaj Diabeł nie ubiera się u Prady, nie, dzisiaj mieszka w domach, zbudowanych przez mistrzów murarstwa. Spróbuj, drogi czytelniku, załapać się u takiego mistrza na czeladnika (pomocnika), a zrozumiesz o czym mówię.

Polityczna termomodernizacja, która nie ma końca

Wysłuchałem drugiego fragmentu czwartkowej sesji Rady Miejskiej we Wschowie – drugą godzinę  z ponad czterech dostępnych na kanale youtube.

Podczas tej drugiej godziny sesji dyskutowano o dokumencie, który Urząd Miasta i Gminy Wschowa nazwał Informacją w sprawie realizacji projektu ,,Termomodernizacja obiektów użyteczności publicznej w gminie Wschowa”.

Myślę, że uczciwiej byłoby, gdyby ten dokument nazwano subiektywną informacją lub streszczeniem albo – dla bardziej wymagających – interpretacją. Brzmi to może zawile, ale jest na to proste wytłumaczenie.  Dokument, który otrzymali radni powstał na bazie raportu z audytu wewnętrznego, który został przeprowadzony dawno temu, a dokładnie między 6 grudnia 2018 roku, a 31 stycznia 2019. To tak, jakby UMiG uznał, że radni nie muszą zapoznawać się z ,,Lalką” Bolesława Prusa, czyli w tym wypadku raportem z audytu, oryginalnym dokumentem, a wystarczy, że przeczytają informację, która powstała w oparciu o ,,Lalkę” Bolesława Prusa (audyt wewnętrzny)..

Innymi słowy audyt jest oryginalnym raportem na bazie którego UMiG przygotował osobny dokument. Radni nie otrzymali oryginału, tylko jego przetworzoną wersję, dostali do rąk streszczenie mniej lub bardziej wnikliwe, pod którym podpisał się UMiG, ale tak sobie myślę, że brzmi to tak samo, jakby na końcu tego dokumentu widniał podpis: Redakcja, Justyna, czy Jerzy Wschowski (popularni w tej gminie anonimowi autorzy artykułów, publikowanych w broszurze politycznej stowarzyszenia, którego prezesem jakiś czas temu był lub nadal tę funkcję pełni były wiceburmistrz Wschowy).

Trudno też powiedzieć kto przygotował to streszczenie – urzędnicy (a jeżeli tak, to którzy), czy też osoby, które w urzędzie pełnią bardziej rolę polityczną, z tej prostej przyczyny, że nie zostali wybrani w powszechnych wyborach, a jedynie zostali powołani przez burmistrza. Wydaje się to ważne, bo można domniemywać, że urzędnik byłby skłonny przygotować dokument pod względem merytorycznym, polityk pod względem politycznym, chcąc osiągnąć raczej polityczne cele niż merytoryczne. Na uwagę zasługuje również fakt, że audyt był dostępny od co najmniej lutego tego roku. Każdy mógł po niego sięgnąć drogą dostępu do informacji publicznej. Nie był jednak do tej pory ani streszczany, ani w żaden sposób omawiany. Można przypuszczać, że czekał aż w końcu zostanie powołany drugi wiceburmistrz, który niewątpliwie posiada kompetencje, żeby tak politycznie, jak i merytorycznie odczytać oryginał i na jego bazie sporządzić informację/streszczenie/interpretację oryginału. Mogę się oczywiście w tej kwestii mylić, opisuję jedynie ten aspekt tak, jak on wygląda z zewnątrz. Podpis UMiG pod tym streszczeniem raportu niczego nie ułatwia, nie jest transparentny.

I na koniec muszę jeszcze zwrócić uwagę na jeden, ważny moim zdaniem, aspekt całej tej afery termomodernizacyjnej. Nie znam żadnego samorządowca, który świadomie działałby na niekorzyść gminy. Myślę, że duet Danuta Patalas – Miłosz Czopek chcieli dobrze, tak, jak w przypadku kilku innych inwestycji, za które byli odpowiedzialni. Tak samo pewnie chce dobrze obecny burmistrz, chociaż wiele jego decyzji uznawane są za skandaliczne i trudno na ich podstawie zobaczyć człowieka, zatroskanego sprawami gminy.  Chciał dobrze kiedyś Krzysztof Grabka, a jeszcze wcześniej Leon Żukowski.  Tego nie można tym ludziom odebrać. Oczywiście z tych chęci/intencji, pozostają dla potomnych, dla przyszłych kadencji, owoce, które są mniej lub bardziej zjadliwe, czasami wręcz odpychające. Jednak  mnie samego bardziej interesuje moment w życiu gminy, w którym dobre intencje burmistrzów przestają wystarczać i trzeba czegoś więcej, po co – z jakichś powodów –  burmistrzowie Wschowy nie chcą już sięgać, nie chcą korzystać, by uniknąć nadciągającej katastrofy.

Gdyby powstało takie streszczenie na bazie raportu z audytu, mogłoby stanowić ciekawą lekcję pokory dla wszystkich. Nie skorzystano z tego. Szkoda. Efektem tego była, jak zawsze, zwykła, niezbyt skomplikowana polityczna przepychanka na sesji oraz w komentarzach zamieszczanych na lokalnych portalach pod artykułami na ten temat – nic, czego nie można było się spodziewać.