Megalomania Garetta Jonesa, krytyka filmowego i blogera

W najbliższą sobotę miną trzy tygodnie od zakończenia 44 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tak wspominam, ze trzy tygodnie miną w sobotę, żeby jakiś większy sens nadać temu, co tutaj napiszę. Zawsze to jakaś rocznica, której mogę się uchwycić, żeby przed sobą, rodziną, sąsiadami i znajomymi usprawiedliwić fakt, że nic nie robię, a siedzę, a piszę, a marudzę, a tekstów źródłowych szukam, a muszę coś doczytać, dosłuchać, do przemyśleć itd.

Wspominałem już o tym na blogu, że sporo czasu w tym roku poświęciłem temu festiwalowi, jeżeli oczywiście można mówić o kimś, kto między 16 a 21 września nie był w Gdyni, tylko we Wschowie, że sporo czasu poświęcił czemuś, co wydarzyło się kilkaset kilometrów od jego miejsca zamieszkania. To też jakaś wychodzi z tego megalomania, prawda? Że czas poświęciłem. Jakbym tam był co najmniej, a przecież nie byłem, filmów nie widziałem, żadnych zdjęć nie mam, żeby je pokazać na instagramie. Jednym słowem – słabo, słabiutko, naprawdę, mizernie to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie ma się czym chwalić.

Mogę za to powiedzieć, że rok temu przypadkiem trafiłem na relacje z gdyńskiego festiwalu nadawane na żywo z konferencji prasowych, w których udział brali twórcy poszczególnych filmów. Tych konferencji było kilka, a może nawet kilkanaście. Ten dostęp na odległość mnie wtedy zaskoczył, że tak można sobie posłuchać, co tam w wielkim świecie polskiego filmu się dzieje, ale człowieka z prowincji wiele nowinek zaskakuje i w tym roku po prostu, wiedząc, że festiwal się zbliża, wiedziałem, że skorzystam, posłucham, poszukam trochę w sieci, może coś więcej znajdę.

Odkryłem na przykład taki paradoks. Agnieszka Holland zrobiła film o brytyjskim dziennikarzu Garetcie Jonesie, który jako jeden z nielicznych, dociera w latach 30-tych XX wieku na teren głodującej Ukrainy i informuje świat, o tym, co tam się dzieje. Świat oczywiście w tamtym czasie, podobnie jak teraz o niczym nie wie i nie chce wiedzieć. A więc, w pewnym sensie, Holland robi film o współczesnym świecie i dziennikarskiej powinności. Kiedy jednak Tomasz Raczek, krytyk filmowy, mówi na swoim kanale (zaraz po obejrzeniu nowego filmu reżyserki, który otwierał festiwal w Gdyni), że film jest poprawny i nic ponadto. okazuje się, że zdaniem Agnieszki Holland, Raczek jest narcyzem, a jego ostatnie recenzje są coraz mniej profesjonalne (wywiad dla Radia Zet).

Owszem, Raczek poszedł dalej w swojej recenzji, twierdząc, że ceni sobie Agnieszkę Holland, ale kiedy kłócą się w niej racje intelektualne i racje artystyczne i na koniec wygrywają te pierwsze, to film na tym traci. I zdaniem Raczka film stracił.

Tomasz Raczek nie uprawia dziennikarstwa spod znaku Garetta Jonesa (Garett Jones, to postać prawdziwa, o której mało kto pamięta, ale jakie to ma znaczenie w czasach, kiedy pamięć zawodzi, gdy człowiek próbuje sobie odtworzyć imiona i nazwiska bohaterów, którzy być może coś ważnego mieli do powiedzenia dwa dni temu, ale po tych dwóch dniach zostali już wyrzuceni ze znajomych na facebooku, a na ich miejsce zaproszono do grona znajomych innych, których za dwa dni znowu się wyrzuci i przyjmie kolejnych), więc Tomasz Raczek to nie jest Garett Jones, ale dla kogoś takiego, jak ja, który do Gdyni na festiwal nie trafił, głos Raczka w sytuacji, kiedy mało kto recenzował na bieżąco filmy z głównego konkursu, staje się głosem, który oddaje, podobnie jak w przypadku Garetta, jakiś obraz tego, co tam się w tej Gdyni działo.

Pomyślałem sobie, że po co właściwie robić film o Jonesie, jak można by zrobić film o powinności krytyka filmowego w Polsce, którego opinia idzie w poprzek tego, co myślą o swoich dziełach twórcy i dlaczego taki krytyk musi być hejterem, człowiekiem, który kiedyś walczył o najwyższe standardy, ale teraz najwyraźniej z nich zrezygnował (wypowiedź producentki filmu ,,Ikar. Legenda Mietka Kosza” w komentarzu pod recenzją filmu na kanale youtube Raczka) oraz coraz mniej profesjonalnym krytykiem, narcyzem, człowiekiem, który odkleił się od rzeczywistości, a na pewno od rzeczywistości filmowej. To też byłby fajny film. Fajnych filmów nigdy za wiele.

Zresztą to wcale nie musi być film o powinności krytyka. To może być film o powinności blogera.

cdn

Reklamy

Lubuskie/Tylewice: Przewaga jednego mandatu, czy remis?

W piątek pojawiła się informacja o tym, że Tylewice do 2023 roku powinny zyskać nową drogę, kanalizację i chodniki wraz ze ścieżką rowerową (ciąg pieszo-rowerowy). Czy w związku z tym każdy z nas jest zobowiązany do tego, żeby lajkować tę informację, a jak ktoś nie chce zalajkować, to przynajmniej nie powinien podnosić głosów krytycznych, bo może spotkać się z opinią, że jest frustratem? Jestem przekonany, że dla każdego przy okazji tej inwestycji jest miejsce. Tak dla osób, których cieszy ta wiadomość, dla tych, którzy tę informację, podają do publicznej wiadomości w formie dziennikarskiego newsu, jak i dla tych, którzy dostrzegają w tej informacji rzeczy, zjawiska, zachowania, które niekoniecznie są zauważane.

Nie ma większego znaczenia

Co by nie mówić – mieszkańcy Tylewic się cieszą i nie ma to dla nich większego znaczenia, czy ta wiadomość została podana do publicznej wiadomości 1 lipca, 4 października, czy 13 lutego. Ważne, że w końcu na tej trasie będzie można bezpiecznie się poruszać. Burmistrz Antkowiak ma powód do dumy i niewątpliwie jest to jego sukces, jeżeli przekonał ZDW i senatora Sługockiego do zwiększenia budżetu na ten remont (pierwotnie miało to być 10 milionów, o czym dyrektor w kwietniu 2019 roku informował w piśmie kierowanym do Jolanty Denesiuk, przewodniczącej Rady Powiatu Wschowskiego).

Waldemar Sługocki podczas tego piątkowego spotkania starał się przekonać zebrane osoby, w tym burmistrza Slawy, że wybory do Sejmu, które odbędą się za tydzień, miały bardzo mały wpływ na ogłoszenie tej wiadomości na 9 dni przed wyborami. Miał na to argumenty. Mianowicie gmina nie posiada takiego potencjału wyborczego, który zapewniłby senatorowi wejście do Sejmu (faktem jest, że burmistrz Antkowiak znacząco zaniżył liczbę osób uprawnionych do głosowania, informując senatora, że to 9 tysięcy, a każde dziecko wie, że jest prawie dwa razy więcej). Sługocki w 2015 roku, startując do Senatu, zdobył ponad 60 tysięcy głosów i w samej Zielonej Górze zdobył ponad 30 tysięcy głosów. Zatem, mówił senator, gdyby chodziło tutaj o wybory, byłby w innym miejscu.

Problemy z argumentacją senatora

Jest z tym argumentem dość poważny problem, ponieważ specyfika wyborów jednomandatowych do Senatu różni się, co zrozumiałe, od wyborów do Sejmu. W jednomandatówkach po pierwsze głosy nie rozchodzą się na pozostałych kandydatów tej samej partii, po drugie jest się jedynym kandydatem partyjnym i zdecydowanie łatwiej zdobyć więcej głosów niż z listy do Sejmu. To pierwsza, taka naturalna uwaga, która mi przychodzi do głowy. Po drugie, kiedy Waldemar Sługocki startował do Sejmu w 2011 roku z ósmej pozycji na liście, zdobył ponad 6 tysięcy głosów w czasach, kiedy PO nie miała z kim przegrać na polskim podwórku. 60 tysięcy, a 6 tysięcy to jednak spora różnica. Czasy się jednak zmieniły i PO nie jest już partią, która w województwie lubuskim wygrywa bez problemu z PiS. Nie. Kiedy w latach prosperity, czyli w 2011 roku PO zdobyło w województwie lubuskim 148 tysięcy i wprowadziło do Sejmu 6 posłów, to w tym czasie PiS miało raptem 72 tysiące i 3 posłów do Sejmu. Cztery lata później, czyli w 2015 roku na PO zagłosowało aż 50 tysięcy wyborców mniej niż cztery lata wcześniej, przez co do Sejmu dostało się 5 posłów, za to PiS, który minimalnie wygrał z PO w 2015 roku, zdobył 25 tysięcy głosów więcej i również miał 5 posłów. Tendencja się zmieniła w 2019 roku w wyborach do Europarlamentu, ale warto pamiętać, że wtedy PO tworzyło dość dużą koalicję, między innymi z SLD i PSL, które w wyborach do Sejmu, które odbędą się za tydzień, pójdą jednak osobno. Wybory w województwie lubuskim ta duża koalicja wygrała z PiS, ale w dwóch powiatach wschowskim i sulęcińskim, PiS wygrał z koalicją. W tych powiatach PiS wygrał również w 2015 roku, tak jak i w powiatach – nowosolskim, żarskim, żagańskim, krośnieńskim i gorzowskim bez miasta Gorzów.

Kto wygra w województwie i co z tym wspólnego ma Wschowa?

Jak wyglądają dzisiaj sondaże w województwie? Ostatni sondaż mówi, że wygra PiS z przewagą nawet 3 procent. Jednak miesiąc temu to Koalicja Obywatelska miała przewagę około 1 procenta w sondażach nad PiS. Warto przypomnieć, że w 2015 PiS w lubuskiem wygrał minimalnie z PO, to było raptem przewaga nieco ponad 200 głosów, a procentowo to była przewaga 0,06%.

Zdaniem ekspertów o tym kto wygra w naszym województwie zdecyduje z jednej strony mobilizacja elektoratu, a z drugiej strony przekonanie tych, którzy się wahają lub nie chcą brać udziału w wyborach.

Czy zatem przyjazd Waldemara Sługockiego i pieniądze na drogę w Tylewicach mają znaczenie wyborcze? Mogą mieć kolosalne znaczenie, jeżeli udałoby się we Wschowie przekonać chociażby tych 200 nowych wyborców do siebie. Przede wszystkim dlatego, że w powiecie, jak i w samej gminie od 2015 roku wygrywa PiS, zatem KO ma o co walczyć, tak, jak i w innych powiatach, gdzie ich wynik był gorszy od największego konkurenta. Czy te zabiegi mogą się przełożyć na liczbę zdobytych mandatów? Wątpliwe. Województwo lubuskie ma 12 mandatów do wzięcia. Prawdopodobnie podział mandatów między PiS, a KO będzie podobny, jak w 2015 roku i obie partie zdobędą po 5 mandatów, chociaż są też i takie obliczenia, że wezmą po 6 mandatów, wtedy trzecia w sondażach lewica nie zdobyłaby żadnego mandatu z lubuskiego. Niewykluczone, że jednak któryś z dwóch liderów sondaży weźmie jednak o jeden mandat więcej, ale żeby tak się stało, trzeba się jeszcze postarać.

Szósty umysł, szósty mandat

Jarosław Kaczyński na konwencji w Zielonej Górze wspominał o tym, że warto powalczyć o ten szósty, a nawet siódmy mandat. Myślę, że na tym właśnie tak jednej, jak i drugiej partii zależy. Na tym szóstym mandacie, bo o siódmym raczej nie ma mowy. Jeden mandat więcej niż w 2015 roku to dla PiS przybliżanie się do tego, aby samodzielnie rządzić w Sejmie, dla PO to z kolei jedna z cegiełek, która mogłaby przyczynić się do odebrania w Sejmie partii Kaczyńskiego większości. Oczywiście takie sytuacje musiałyby wydarzyć się też w pozostałych okręgach. Jeden, dwa mandaty więcej w porównaniu z 2015 rokiem i sytuacja w Sejmie może wyglądać diametralnie różnie w zależności od tego, komu się to uda.

Każdy głos się liczy przy tak wyrównanej walce w województwie lubuskim, dlatego niewykluczone, że ewentualne nowo pozyskane głosy we Wschowie, mogłyby przesądzić o wyniku wyborczym w województwie. Dlaczego by nie? Z tą oczywiście uwagą, że gra w województwie nie idzie o mandat Sługockiego, bo ten zapewne zdobędzie, a raczej o możliwość wygranej lub zdobycie dodatkowego, szóstego mandatu. Warto jednak dodać, że jeżeli nowe głosy we Wschowie mogłyby zdecydować o zwycięstwie w wyborach, to jednak zdobycie szóstego mandatu, wymagałoby od KO dużo większego wysiłku.

Wybory samorządowe w 2023 roku

Decyzja o przyznaniu tak dużej kwoty na remont drogi w Tylewicach zawiera wiele jeszcze innych pęknięć, jak choćby te, że koniec remontu planowany jest dopiero w 2023 roku, a więc w roku, kiedy odbędą się wybory samorządowe.

Bo co można powiedzieć po 4 latach rządów PiS z perspektywy wyborców województwa lubuskiego? Ano tyle, że PiS utrzyma najprawdopodobniej swoją pozycję w województwie, a PO nie uda się wrócić do stanu posiadania z 2011 roku. Jeżeli wygra PiS z przewagą większą niż w 2015 roku, to kto wie, jakie będą nastroje wyborców w 2023. Czy jeszcze samorząd województwa lubuskiego da się obronić przed PiS-em. Stąd już dzisiaj myśli się o wyborach samorządowych, które odbędą się za cztery lata. Wyglądałoby na to, że nie tylko te wybory są brane pod uwagę przez senatora, ale również te za cztery lata.

Na festiwalu filmowym w Gdyni zobaczyłem Wschowę i na odwrót

Próbuję od tygodnia poukładać w głowie myśli, ale mam ich tyle – spostrzeżeń, intuicji, obserwacji, że ilekroć siadam do klawiatury, to one mi się rozchodzą na wszystkie strony, nie mogę ich poukładać w jedną całość. Prawdopodobnie jest ich za wiele i w jednym tekście tego nie zmieszczę tak, jakbym chciał. A, że ostatnio napisałem taki niby nic tekst o potrzebie nowego języka, który zdoła opisać zmieniającą się, jak w kalejdoskopie, rzeczywistość, to też miałem ostatnio poczucie, że nie zadowala mnie już pewien szablon, z którego korzystałem do tej pory, co z kolei miało wpływ na to, że cały czas się zmagałem z jakąś niemocą.

Ten szablon, o którym wspominam, to takie narzędzia do obserwacji, które zapewne każdy posiada, każdy własne, wypracowane latami, narzędzia, które lepiej lub gorzej sprawdzają się, kiedy (za ich sprawą) spogląda się na to, co człowieka dookoła otacza. Owszem, dobrze się bawiłem nagrywając np. podcasty/audycje dźwiękowe, w których, używając ironii, opowiadałem o tym, co widziałem podczas takiej konferencji prasowej w Olbrachcicach. Ale tak zwane szkiełko i oko ironii w mojej ocenie nadają się raz na jakiś czas, do tego, aby   za ich sprawą spojrzeć na otoczenie. Nie sposób wiecznie ironizować.

Miałem taką sytuację ostatnio, po nagraniu rozmowy z Małgorzatą Wojnarowską na temat imprez, które odbyły się we Wschowie w ramach inauguracji Europejskich Dni Dziedzictwa, że zwrócono mi uwagę, jakoby środowisko osób, związane z organizacją tych wydarzeń nie jest zadowolone z naszej rozmowy. Zaskoczyło mnie to, a jednocześnie dotarło do mnie, jak bardzo wszyscy jesteśmy przewrażliwieni (co zresztą rozumiem, nie jest tak, że tego nie rozumiem, rozumiem) i jak bardzo sytuacja we Wschowie jest napięta, że dość luźne rozmowy o EDD, próby stawiania tez, które z naszego, subiektywnego punktu widzenia, zrodziły nam się po EDD – mogą nagle zostać odebrane tak, jak zostały odebrane. Zresztą, być może przesadzam, że sytuacja we Wschowie jest napięta, ale na pewno da się wyczuć jakiś rodzaj frustracji wśród osób, które serce i czas poświęcają temu miastu.

Wracając jednak do tego, o czym pisałem w pierwszym akapicie. Poprzedni tydzień, niemal cały, poświęciłem w dużej mierze 44 Festiwalowi Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. I pewnie poświęcę temu osobny wpis. Natomiast teraz zwrócę uwagę tylko na to, że przyglądając się temu, co działo się w ostatnim tygodniu w Gdyni, jakie emocje i kontrowersje towarzyszyły temu festiwalowi, jak bardzo kunktatorski okazał się werdykt jury i jak w trakcie festiwalu aktorzy, producenci i reżyserzy reagowali na bieżące recenzje, które pojawiały się w mediach, czy na youtubie, to jestem pewien, że w pewnym sensie w tej Gdyni, zobaczyłem Wschowę. W tej branży filmowej – wschowską, samorządową branżę z jej gospodarczym, kulturowym, społecznym i oświatowym balastem. W tych ludziach, którzy na co dzień tworzą i myślą o sztuce filmowej – ludzi, którzy na co dzień myślą i tworzą wschowski samorząd na poziomie gospodarczym, społecznym, oświatowym i kulturalnym.  I że tak tam (na festiwalu w Gdyni), jak i tutaj (w szeroko rozumianym samorządzie) – wszyscy jesteśmy wyczuleni i przewrażliwieni na swoim punkcie, łącznie ze mną oczywiście. I że niewiele trzeba, aby zakłócić nasze dobre samopoczucie lub nasz dobry sen. Podobnie jak w branży filmowej, tak samo i samorządowej na tych różnych poziomach, które wymieniłem wyżej, wszyscy się starają, pracują nad swoimi kreacjami aktorskimi i samorządowymi – raz wychodzą z tego perełki, raz gnioty, raz efekty rodzą kontrowersje i dzielą środowisko. Czasami nikt, nad tym, co się zrobiło i nad czym pracowało, nie zachwyci się, a raczej spuści zasłonę milczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że są to naturalne procesy, z których nie da się wykluczyć żadnej z tych emocji – ani pozytywnej, ani negatywnej, ani neutralnej. Ważne, by w całym tym zgiełku i chaosie wrażeń, opinii, recenzji, a także zgiełku produktów tak filmowych, jak i samorządowych, zachować w miarę świeży umysł i jasność widzenia, bo tylko to – wracając do pierwszego akapitu – może dać poczucie, że się w tym wszystkim nie pogubimy i rzeczy będziemy widzieć takimi, jakimi są, a nie takimi, jak je widzą inni lub jak inni chcieliby, żebyśmy je widzieli. A jak jeszcze do tego dołożymy umiejętność szczerego artykułowania tego, co widzimy, to będziemy posługiwać się tym nowym językiem, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, za którym to językiem tak biegam ostatnio i który wydawał mi się tak odległy.

W pewnym sensie nic, co ma wartość nie jest odległe (tutaj: nowy język), wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wikłamy się tylko i ograniczamy do tego stopnia, że chwilami stajemy się niewidomi. I chodzimy po omacku. Ale nie jest to na szczęście stan, który z natury, jak się raz do nas przyklei, to już nas nie opuści aż po grób. Nie. To jest stan, którego możemy się pozbyć. Więc – mówiąc kolokwialnie – pozbywajmy się go, jak już się do nas przyklei (niby) na amen.

Na odległych polach. Dramat w jednym akcie

Kiedyś mówiło się przy okazji niecodziennych wizyt, że ktoś ważny zawitał pod skromne, wiejskie strzechy, albo, że za sprawą jakiegoś wydarzenia, przemówienia, zrobiło się po światowemu, w sensie dostojnie, uroczyście i odświętnie.

Tego samego chyba doświadczyli mieszkańcy Olbrachcic, kiedy tydzień temu w ich miejscowości, pojawili się przedstawiciele Urzędu Marszałkowskiego wraz z senatorem RP. Nie zwróciłbym może na to szczególnej uwagi, chociaż był to moment dla mieszkańców ważny, a może nawet historyczny. Moją uwagę przykuło jednak co innego. A mianowicie komentarze na lokalnym portalu, że Olek sobie nie poradził ponoć w roli specjalisty ds. mediów. Olek jest moim byłym, redakcyjnym kolegą, więc odtworzyłem sobie wczoraj wieczorem materiał video, żeby zobaczyć, czego tam się znowu czepiają komentatorzy na Zw.pl i muszę przyznać, że nie ma się czego czepiać. Naprawdę. Ładnie wszyscy goście zostali zaprezentowani z imienia i nazwiska, wymieniono ich funkcje, jakie obecnie posiadają w swoim cv, wszystko to bez kartki, z głowy, chwilami spontanicznie, nawet, kiedy okazało się, ze nastąpiła jakaś drobna pomyłka, Olek to natychmiast skorygował.

Na co innego jednak zwróciłem uwagę, oglądając tę relację, bo miałem wrażenie, że oglądam spektakl. Proszę mi wierzyć, mogłem odnieść takie wrażenie, ponieważ w przeciągu trzech tygodni, miałem przyjemność dwukrotnie obejrzeć we Wschowie propozycje głogowskiego teatru w oparciu o dwa dramaty Tadeusza Różewicza, raz – wschowskiego teatru na podstawie Dziadów Adama Mickiewicza i kazania Valeriusa Herbergera. Te trzy spektakle widziałem w plenerze. Teraz – może z rozpędu, a może jednak nie – miałem wrażenie, że oglądam spektakl w koprodukcji zielonogórsko-wschowskiej, również w plenerze, również w oparciu o tekst, którym była spisana umowa, dotycząca wykonania remontu drogi w Olbrachcicach i w oparciu o tekst  umowy, która jeszcze nie została spisana, ale pewnie w wkrótce spisana będzie, związana z budową chodnika w Łęgoniu.

Oczywiście nie ma co porównywać Różewicza, Mickiewicza, Herbergera z tekstem umowy podpisanej między Zarządem Dróg Wojewódzkich a wykonawcą tej inwestycji.

Tekstu umowy nikt jeszcze nie widział w odróżnieniu od tekstów Różewicza, Mickiewicza i Herbergera, dlatego pozwolę sobie, w oparciu o to, co zobaczyłem w lokalnych mediach, odtworzyć, przynajmniej spróbować odtworzyć ten tekst i przedstawić go czytelnikom. Oto on:

Teatr: Nowe Opinie

Tytuł: Na odległych polach (dramat w jednym akcie)

Występują: Chór, Senator, Marszałek, Dyrektor, Burmistrz, Sołtys, Głos z offu

Miejsce: Gdzieś w województwie lubuskim

Na podstawie: Umowa podpisana. Będzie remont drogi i chodnik

Akt I (i ostatni)

Chór: Gadajcież, gadajcież, z czym żeście tu przybyli?

Senator: Byłem ja tu u was w czerwcu, a już ci jest wrzesień. Ile to miesięcy, ten tylko się dowie, kto bystry i kto zliczyć umie i giętki jest w mowie.

Chór: Gadajcież, gadajcież, z czym żeście tu przybyli?

Marszałek: Przybyłem ja z tą oto mapą, wielkiej mej krainy, was w niej odnalazłem, toż to prawie Chiny…

(pauza, głębokie zamyślenie, zmrużenie oczu)

Chór: Gadajcież, gadajcież z czym żeście tu przybyli?

Dyrektor: Będą wielkie rzeczy, w tej oto krainie, bośmy na tę mapę wasze wnieśli imię

Chór: Gadajcież, gadajcież z czym żeście tu przybyli?

Burmistrz: Ej no, senatorze, ileś ty razy już w naszych progach gościł?

Senator (z offu): Cztery będzie. Niech mnie kto poprawi, jeżeli się mylę

Burmistrz: A więc cztery razy, toż to prawda goła, zaprzeczyć temu już nikt z nas nie zdoła

Chór: Gadajcież, gadajcież, z czym żeście tu przybyli?

Sołtys: Znam ja abecadła prawa rozmaite, wiem, że po ,,a”, są inne litery, nie mniej znamienite

Chór: Gadajcież, gadajcież, z czym żeście tu przybyli?

Głos z offu: A sera tu dajcież, a dajcież i pizze, nie ma to tamto, nie ma to owamto. Znaleźlim was w tej krainie, na odległych polach, już was nie opuścim, ha ha, hejże hola.

Widzowie biją brawo, wstają z krzeseł, kurtyna opada. Koniec.

Ps. Kontakt w sprawie realizacji dramatu: rafal.klan1974@gmail.com

 

 

 

Zgniły język samorządu, czyli czytanie nie rozwija

Jakiś czas temu na blogu postawiłem tezę – niezbyt skomplikowaną zresztą – że czytanie nie rozwija. W tym sensie, jak nie rozwija nas na przykład szukanie informacji o sprawach lokalnych w lokalnych mediach, nie rozwija, jeżeli sprawy lokalne zawęzimy do czytania komentarzy w lokalnych mediach, nie rozwija, jeżeli w tych miejscach nie znajdą się opinie, wypowiedzi, które idą w poprzek tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie rozwija, jeżeli nie trafiamy na coś, co wymaga od nas wysiłku, co nam zacznie, mówiąc potocznie, wiercić dziurę w brzuchu lub wytrąci nas z utartego szlaku, którym sobie bezpiecznie podążamy. W tym sensie czytanie nie rozwija, jeżeli na półkach mamy tylko i wyłącznie książki łatwe, lekkie i przyjemne, tego samego gatunku, tych samych autorów itd., itp.

Nie rozwija, jeżeli wszyscy dookoła mówimy tym samym językiem, którym posługują się lokalne media, autorzy książek, które czytamy, programy telewizyjne, w których występują osoby, które również posługują się tym samym kodem, tymi samymi znaczeniami, którzy wraz z nami znajdują się w tym samym kręgu znaczeń, interpretacji, rozumienia czegokolwiek. To nie rozwija. Tak, jak nie rozwija czytanie książek. To tak samo, gdyby człowiek w ciągu dnia jadł tylko i wyłącznie czekoladę i nic więcej. To nie rozwija. To nie pozwala, a wręcz zabrania zrozumieć coś więcej ponad to, co jest do zrozumienia w tak urządzonym świecie.

Rozwijają tylko wyjątki, wydarzenia, książki, opinie, rozmowy, filmy, muzyka, które wytrącają nas z wygodnych pozycji, które zajęliśmy. Bez wyjątków i zdarzeń, rozmów, które idą w poprzek tego, co znamy, a przez to lubimy i akceptujemy, nie jesteśmy w stanie spojrzeć na to, co nas otacza, krytycznym okiem, ale również w sposób kreatywny, nowy, inspirujący dla nas samych i dla pozostałych.

Piszę o tym, ponieważ w ostatnim podcaście, zamieszczonym na stronie @NoweOpinie, wspomniałem o Piotrze Laskowskim, którego w ostatnim czasie miałem okazję wysłuchać w kilku audycjach i obejrzeć w kilku panelach dyskusyjnych. Otóż Laskowski kilka lat temu podczas konferencji, poświęconej Jackowi Kuroniowi, powiedział mniej więcej coś takiego, że oficjalny język, którym posługuje się szkoła (ale również samorząd, my sami, media itd.) niczego nie mówi o naszej kondycji, to nie jest język, którym sobie opowiemy, co nas boli, jakich zmian oczekujemy, w jakim kierunku chcielibyśmy podążać. Laskowski twierdzi, że oficjalny język, który jest powszechnie dostępny, wykastrował nas, a w ramach tego procesu narzucił nam nowomowę, którą posługuje się dzisiaj np. burmistrz, wschowski samorząd, Rada Miejska, wschowianie, zalecając nam w ramach jakiejś nowej odsłony samorządu wypełnianie ankiety na temat pracy Urzędu Miejskiego we Wschowie. To ma być nowa jakość w ramach zbutwiałego, gnijącego języka, który już nic nie jest w stanie nam zaoferować, niczego nam nowego o samorządzie nie powie poza tym, że daje jakiś obraz kondycji osób, które te ankiety wymyślają, które bezkrytycznie posługują się oficjalnym językiem, który nijak ma się do nas i który od lat ulega jedynie erozji i destrukcji.

W ramach tego starego języka, starych przyzwyczajeń, buduje się konsensus, który jest jeszcze groźniejszy niż sam fakt, że ktoś jeszcze w tym martwym języku widzi jakąkolwiek wartość. Ten konsensus polega na tym, że kto posługuje się innym językiem, kto opowiada o samorządzie w inny sposób jest wrogiem porządku, dobrych obyczajów itp..

Ten stary język być może jeszcze uwodzi, bo obiecuje, że czytanie rozwija. Nowy język, którego jeszcze nie ma, który gdzieś tam w kanałach, piwnicach, starych szopach się rodzi, nie obiecuje, że czytanie rozwija, obiecuje zupełnie co innego. Że można się rozwijać, jeżeli odrzuci się ten oficjalny język dyskursu i wyruszy się na poszukiwanie nowego. Tam jest płacz i zgrzytanie zębów, jak mówi pewna stara księga, ale warto w tę podróż wyruszyć.

 

Mogliśmy spalić pomnik przy ulicy Łaziennej, czyli kilka słów o sobotnim spektaklu głogowskiego teatru

(ze względu na występujące w tekście liczne wulgaryzmy uprasza się, aby czytać go nie wcześniej niż po przekroczeniu 45 roku życia)

Na dzień przed obchodami 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej we Wschowie amatorski Teatr Jednego Mostu z Głogowa wystawił spektakl ,,Na co ci to było” w reżyserii Michała Wnuka, na podstawie głośnej sztuki Tadeusza Różewicza ,,Do piachu”.

Byłem ciekaw tego przedstawienia, ponieważ jestem zdania, że Tadeusz Różewicz był wybitnym poetą i dramaturgiem (wiem, pachnie tu Gombrowiczem), dorównywał mu jedynie Czesław Miłosz, który ze względu na rozmiar intelektualnych poszukiwań, docierał w miejsca, które z oczywistych powodów były Różewiczowi obce. Nie znam wybitniejszych i wszechstronniejszych twórców po 1945 roku. Nie dostrzegam też nikogo na horyzoncie, kto mógłby ich zastąpić.

Dlatego też, kiedy przeczytałem, że spektakl ,,Na co ci to było” jest przeznaczony dla dorosłych, uznałem, znając fizjologiczną sztukę ,,Do piachu” Różewicza, że albo to jest tani zabieg marketingowy, mający na celu zgromadzić sporą publiczność na prowincji (Głogów, Wschowa – dwa prowincjonalne bratanki – tak myślałem) albo rzeczywiście Wnuk wyjął z oryginału cały ten różewiczowski, do dzisiaj w Polsce odosobniony, pojedynek z bohaterstwem, metafizyką, doniosłością i poświęceniem, uznając, że lepiej by było, aby na drugi dzień, jak młodzież 1 września będzie słuchać tych wszystkich jednorodnych i napuszonych opowieści o wojnie, które z wojną nie mają nic wspólnego – no jednym słowem, żeby nie mieli na koniec rozdwojenia jaźni, żeby im w tym młodym wieku nie mieszać w głowie, żeby nadal żyli w otoczeniu sztampy i wysokich diapazonów i żeby nadal kłaniali się tam, gdzie, zdaniem Różewicza, o nic innego nie chodziło, jak jedynie o to, by żreć, spać i ruchać.

Sami przyznacie, że być może w tak zarysowanym krajobrazie warto młodych ludzi chronić przed takim obrazem wojny. Bo co taki młody człowiek mógłby pomyśleć, idąc 1 września na ulicę Łazienną we Wschowie w otoczeniu dyrektora szkoły, nauczyciela jednego lub drugiego, trzymając w ręku sztandar szkoły, widząc, że wszyscy dookoła wyglądają tak samo i podobnie się zachowują. Co miałby wtedy pomyśleć taki młody człowiek, że kłania się przed różewiczowską fizjologią? Żarciem, spaniem i ruchaniem? Czy przed męczeństwem, bohaterstwem i miłością do ojczyzny? Przed czym właściwie by się tego 1 września kłaniał? Przed jaką wizją wojny? Różewicza? Przed jednym i drugim? Czegoś należało temu młodemu człowiekowi oszczędzić. Stąd też uznałem, że być może ten warunek, że spektakl jest dla dorosłych widzów, nie jest jedynie marketingowym chwytem, a być może próbą uchronienia młodej wrażliwości przed fizjologią wojny.

Wszyscy zresztą byliśmy wychowywani podobnie. Biała koszula, apel, kwiaty, przemówienie jakiegoś samorządowca, dyrektora szkoły, nauczyciela historii i do domu. Cała wojna, cała pamięć, cała dramaturgia. A tutaj, proszę, Różewicz ze swoimi pięcioma groszami. Na dzień przed okrągłymi obchodami wybuchu II wojny światowej. Czy mogło nam się coś lepszego trafić? Okazuje się, że mogło się coś lepszego trafić. Niestety. Mógł nam się trafić Różewicz, a zobaczyliśmy – hmm – autorską wizję młodego reżysera, który zamiast Różewicza pokazał nam Pasikowskiego z czasów Psów, w dodatku bez głębi Psów, bazując jedynie na wulgaryzmach. Cała historia. Owszem, jest w niej trochę więcej, Waluś poszedł na bandziorkę, ukradł coś tam do żarcia, po drodze zgwałcił kobietę, było z nim więcej osób, ale ich już nie ma, on sam nie przyznaje się do winy, jest partyzantem, czeka go sąd, kara. Cała historia. Owszem żrą, śpią i marzą o jednym, jak u Różewicza, tylko, że to nie jest Różewicz.

O czym jest ,,Do piachu” nie będę pisał, bo wszyscy mają Internet i mogą sobie wygoglować. Jak do tej pory był odbierany ten dramat – to również wszystko jest do znalezienia w sieci. Kto tracił, jeżeli wystawiał ten dramat – o tym także jest do przeczytania, a co we współczesnych czasach robiono z tym dramatem, jak bardzo twórcy musieli się przygotować do premiery, kiedy w latach 90-tych pokazano tę sztukę w telewizji polskiej – wszystko to jest dostępne w Internecie. Każdy kto znajdzie chwilę czasu, będzie sobie zdawał sprawę, że i dzisiaj z jego wymową jest to dramat na wskroś współczesny i dotykający najważniejszych spraw ludzkiej egzystencji. A gdyby się pokusić o naprawdę współczesną wymowę tego dramatu, to wyobrażam sobie (trzeba by trochę doczytać, np. ,,Prześnioną rewolucję” Ledera i pewnie wiele innych, ciekawych, współczesnych lektur), że pomijając metafizykę, której brak u Różewicza jest tak głośny, że rzadko udaje się twórcy jej nieobecność tak wyeksponować; mogłaby to być dzisiaj sztuka, która tłumaczy tzw. inteligencji, a może klasie średniej, dlaczego mniej wykształceni i mniej zarabiający ludzie, głosują dzisiaj tak, a nie inaczej (u Różewicza, inteligencja AK manipuluje prostymi partyzantami z Batalionów Chłopskich).

To, co zobaczyliśmy w sobotę, czyli żarcie, spanie i marzenia o ruchaniu (tak to trzeba nazwać, tak to pokazuje Różewicz, nie inaczej) to jest oczywiście różewiczowskie, ale teatrowi z Głogowa nie udało się pokazać różewiczowskich motywów, które z jakichś powodów tak, a nie inaczej, ustawiają figury na szachownicy.

Myślę sobie, że normalnie, po takim spektaklu, ale z różewiczowskiego ducha, poszlibyśmy i spalili razem pomnik przy ulicy Łaziennej, żeby już więcej nie odbywały się tam szopki rocznicowe. Domagalibyśmy się ratunku przed postępującym zezwierzęceniem. Wschowa by tej nocy nie przeżyła. Policja musiałaby ściągnąć wszystkie możliwe patrole, żeby uspokoić Różewicza w nas, Straż Miejska by na drugi dzień pukała do naszych drzwi, żeby Różewicza z nas przegonić. Kto wie, może nawet wezwano by najlepszych egzorcystów, żeby zapanował spokój i obchody 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej, zaplanowane dzień później, mogły się odbyć w terminie.

Nic takiego jednak się nie stało. W tym widzę słabość tego przedstawienia i nie tylko w tym.

 

Narrator, bóg, burmistrz, stworzątka i Astheanie, czyli czytając Ursule Le Guin

Miałem zacząć od kilku słów, poświęconych sobotniemu spektaklowi Na co ci to było (chociaż na stronie UMiG znalazłem zapis – Po co Ci to było) na podstawie sztuki Tadeusza Różewicza Do piachu w wykonaniu głogowskiego Teatru Jednego Mostu, ale zostawię sobie to na inny dzień. Na inny, bo chodzą za mną stworzątka z opowiadania Ursuli Le Guin Słowo ,,las” znaczy ,,świat” i koniecznie muszę zacząć od nich, a nie od Różewicza w interpretacji głogowskich aktorów. W sumie jedno i drugie jest ważne, Różewicz i Le Guin, kontrowersyjne Do piachu, które zupełnie zatraciło w sobotę swoją wymowę i ekologiczna Le Guin, która czytana bez pośredników (no chyba, że za pośrednictwo, a tym samym interpretację na poziomie języka uznamy tłumaczenie), na niczym nie traci.

Jednak nie o ekologię tutaj chodzi. Chociaż po części też, ale przede wszystkim o stworzątka. Bo o nich jest Słowo ,,las” znaczy ,,świat”” Stworzątka to miejscowi, ludzie, tylko mniejsi i bardziej kudłaci niż ziemianie. Mieszkają na planecie Athshe, poznajemy ich na pierwszych stronach noweli i przyglądamy się im oczami kapitana Davidsona.

I tutaj pierwsza dygresja: Jeszcze nie wiadomo jaką rolę odegra kapitan Davidson w tej historii. Czy będzie to zły, czy dobry bohater, postać złożona, czy raczej jednowymiarowa? Podobnie, jak z wyborami na burmistrza. Nie wiadomo na początku, kogo na drugi dzień po wyborach zobaczymy, jak bardzo wybory były lub nie były w stanie zmienić człowieka. I podobnie jest z Davidsonem. Nie wiemy z pierwszych stron, jaką przyjmie rolę w tej historii. Wiemy jedynie tyle, że to człowiek, który wszystko trzyma silna ręką, marzą mu się kobiety, ma posłuch wśród ludzi, wie, jak nimi kierować, dowodzić, wie co robić, żeby nic mu przypadkiem nie zaszkodziło. I ten Davidson, a pierwsze strony opisywane są z jego punktu widzenia, rozmyśla o futrzanych stworzątkach, które służą do tego, żeby wykonywać rozkazy i polecenia Davidsona. Do niczego innego nie służą.

I konieczna druga dygresja: kiedyś w tradycyjnej literaturze panował wszechobecny narrator, który wszystko wiedział, taki Bóg można by powiedzieć. Tak też dawno temu był skrojony świat, w którym powstawała literatura. Im świat się bardziej, powiedzmy, cywilizował, im więcej świata odkrywał i praw nim rządzących, tym kreacja narratora wszystko wiedzącego odchodziła na bok. Stawała się archaiczna. Nie było już jednego Boga, który wszystko wiedział, a zaczęli pojawiać się bogowie, którzy kreowali subiektywny obraz świata, ograniczony, cząstkowy i jednorodny, który stawał się tym, czym kiedyś był świat jednego narratora – wszystko wiedzącego. Ujmując to najprościej w literaturze pojawiali się narratorzy wszystko wiedzący, ale subiektywnie, tym samym bogów było już więcej, nie było tego jednego, który pozjadał wszystkie rozumy.

Otóż Le Guin, która żyła w 20 wieku, w tej konkretnej noweli korzysta z narracji wielu bogów, wielu narratorów. Czasami przyglądamy się stworzątkom oczami Davidsona i wtedy widzimy stworzątka, niewolników lub – powiedziałbym – udomowione zwierzęta, a czasami oczami Ljubowa (inna postać, antropolog, która nas tutaj nie będzie interesowała) i wtedy nie widzimy stworzątek, tylko ludzi, Atsheanów z niespotykanie rozwiniętym zmysłem śnienia, zaczerpniętym chyba z życia i religii Aborygenów (pisałem o tym kiedyś na tym blogu), z cywilizacją, gdzie dominuje mądrość starszych ludzi, a przede wszystkim starszych kobiet.

Czasami jednak w noweli Le Guin narrator używa zamiennie określeń rodowitych obywateli planety Atshea – nazywa ich raz stworzątkami, a innym razem – Atsheanami.

I tutaj potrzebna jest trzecia dygresja – współcześnie, od kilku lat, relacje z jakichś zdarzeń, czy to politycznych, czy historycznych, czy po prostu współczesnych, które wydarzają się codziennie, które jeszcze, ale naprawdę jeszcze, bo i ten warunek za chwilę przestanie mieć znaczenie, są określane jako fake newsy lub postprawda – świat stworzątek widziany oczami Davidsona, to przykład fake newsa, postprawdy. Świat widziany oczami Ljubowa, to przykład próby obiektywnego opisu rzeczywistości.

Dlaczego więc narrator w którymś momencie u Le Guin używa obu określeń, kiedy czytelnik już wie, już się domyślił, przekonał, że  stworzątka nie są prymitywnymi, włochatymi zwierzętami, które nadają się do wykorzystania, a potem do eksterminacji? Wydaje się, że Le Guin mówi, choć pewnie nie chciałaby tego powiedzieć, że świat, który jest opisany w jej noweli, decyduje się na oba warianty. Mogłaby jeden z nich pominąć, ale byłby to wtedy świat jednego Boga, a takiego świata od dawna już nie ma, na pewno nie w 20 wieku i później. Nie sposób też udawać, że postprawdy nie ma lub że nie ma ludzi, którzy o Astheanach mówią i tak też ich traktują, jak stworzątka. Być może któraś z postaw wobec stworzątek/Astheanów wcześniej, czy później zdominuje myślenie o nich i wtedy zostaną albo stworzątkami, albo Astheanami. Ale właśnie dlatego, że oba warianty są w użyciu, mamy dwie narracje, a zatem i dwóch bogów, którzy kiedyś byli jednym bogiem, jedną, wszystko wiedzącą narracją. I – prawdopodobnie – jak w greckiej mitologii, zwycięży silniejszy, prędzej czy później. Bo w historii Le Guin nie ma chrześcijańskiego odkupienia, chrześcijańskie odkupienie jest dla naiwnych, którzy lekce sobie ważą fakty, które składają się z fake newsów i newsów, ze stworzątek i Astheanów.

Czytając tę krótką nowelę, pomyślałem sobie, że mieszkamy na tej prowincji, w tej Wschowie, trafił nam się znowu kapitan Davidson, który myśli o nas, jak o stworzątkach, głupich, prymitywnych zwierzętach, o których, z tego co się zdążyłem zorientować, opowiada na innych planetach, na lewo i prawo, że stworzątka niedouczone, niekreatywne, no głupiutkie, jak to stworzątka z prowincji. I zrozumiałem, dzięki Le Guin, że nie ma znaczenia, czy stworzątka z prowincji są głupiutkie, czy nie. To jest rodzaj narracji, który dla jednych będzie skrajnie subiektywny, dla innych – skrajnie obiektywny. Pojawił się taki narrator, taki bóg, taki kapitan Davidson, który nic innego nie będzie robił, tylko powtarzał tę swoją boską prawdę.  A co w takim razie mają robić stworzątka? Nic. Bo stworzątek nie ma. Są jedynie Astheanie. A to się kapitanowi Davidsonowi nie mieści w głowie. Warto o tym pamiętać.

Ursula K. Le Guin Słowo ,,las” znaczy ,,świat” jest do wypożyczenia w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Wschowa.

 

Jest prawdziwe, chociaż brzmi fałszywie

Jedna ze znanych mi osób, uznała, że w pewnej spółce skarbu państwa, w której zresztą pracuje,  popyta, czy gdzieś tam nie szukają do pracy i okazało się, że szukają. Szukają, ale na to stanowisko niepotrzebny im jest człowiek z wyższym wykształceniem, bo tacy – że tak się wyrażę – filozofują niepotrzebnie. Pewnie tak jest, że w miejscu, gdzie wyższe wykształcenie do niczego nie służy, może ono być w sumie obciążeniem i niepotrzebnie generować jakieś sytuacje, których nikt sobie nie życzy.

***

A np. Ursula K. Le Guin nie miała nigdy prawa jazdy. Za to Lech Janerka taki dokument zdobył w 55 roku życia (ewentualnie plus minus dwa lata). A matka lub ojciec Ursuli K. Le Guin debiutował/a książką, mając 50 wiosen (śmiech z offu, słyszałem go w jednej z audycji).

***

Rynek pracy w Polsce jest głęboko rasistowski, ale o tym nikt nie wie. Nikt tego też nie powie, nawet jeżeli ma takie podejrzenia, bo gospodarka tak nam goni, bezrobocie tak niskie, chmury tak głębokie, a słońce tak wyraziste, że szkoda czasu na intuicje o rynku pracy.  Praca zresztą leży na ulicy, wystarczy po nią sięgnąć, jak po pieniądze. Nic się nie przenika, chociaż kiedyś myślałem, że światy się przenikają, ale to tylko teoretyczne złudzenie. Dominuje hetero normatywność. Albo jesteś taki, jak my: głupi, mądry, bystry lub nijaki, albo nie ma dla ciebie miejsca. Więc mój drogi albo się podporządkujesz, albo nie masz tutaj czego szukać.

***

Miałem taką rozmowę. Och, mówię, mamo, tato, bracie, siostro, umrę, jak nie znajdę bratniej duszy. Mogę być wszędzie, ale bez bratniej duszy, umrę, umieram, to jak wypisanie klepsydry z wyprzedzeniem, nie bądź nierozsądny i wypisz tę klepsydrę, i przestań, bo ja to już wiem, dawno o tym wiedziałem. Ale, że nie ma bratnich dusz, to zupełnie inna opowieść, której się nie opowiada na co dzień.

***

Ursula K. Le Guin zdobywa Nebule i te inne nagrody w wieku 40 lat. W jednym z wywiadów dla polskiej prasy, który ukazał się pod koniec jej życia, mówi, że nie mogła być kimś innym, niż była. Taki truizm. Pewnie można o tym przeczytać w jakiejś psychologicznej książce za pięć złotych w Biedronce lub u De Mello. Świat takimi truizmami stoi. Bądź sobą. W rasistowskim świecie, w faszystowskim świecie bądź sobą. Nikt nie dodaje, że różnie z tym później bywa. Ale w ustach Ursuli K. Le Guin ma ten pozorny truizm zupełnie inne znaczenie. Jest prawdziwe, chociaż brzmi fałszywie.

***

Żeby nie oderwać się od społeczności, trzeba depresji, żeby się nie oderwać. Tak mówią o Ursuli K. Le Guin.

***

a w następnej odsłonie odniosę się do zapewnień, że wybór neoliberała Wadima Tyszkiewicza do Senatu jest prosty dla wschowskiego regionu. Nie jest prosty i nie jest oczywisty, a sugerowanie tego, że to naturalny wybór przez pracownika wschowskiego samorządu wykracza poza samorządowe standardy. Wiem, standardów już nie ma. Trudno.

Hej, patrz, co za upadek człowieka

Na naszym osiedlu mijałem dzisiaj na chodniku taką mieszankę warzywną, składającą się z kilku fasolek, może kilkunastu, dwóch, może trzech połówek ziemniaków i jednego pomidora.

W sumie nie wiem, czy mogę używać określenia, że tę mieszankę znalazłem na naszym osiedlu, bo jestem tutaj od niedawna, raptem kilka lat, palę papierosy na ławce do tego stopnia, że jak ktoś tę ławkę zajmie, a ja przenoszę się na drugą, to sąsiedzi podpytują, żartując, że miejscówkę zmieniam i co się stało, że do tego doszło. Zdaję sobie też sprawę, że od pewnego czasu to miejsce może wielu osobom kojarzyć się z bezrobotnym, byłym dziennikarzem, który jara nieustannie pod blokiem fajki. Więc czy na pewno jestem częścią tego osiedla, to chyba historia już osądzi.

Nie zmienia to jednak faktu, że tę mieszankę warzywną mijałem dzisiaj, w niedzielny poranek, a potem i wieczorem, więc co najmniej z dwa razy. Ktoś zapyta, a dlaczego nie posprzątałem tej mieszanki. Mam na to odpowiedź. Jak ją zobaczyłem, pomyślałem, że o niej napiszę, ale wcześniej zrobię zdjęcie. Ale – chyba każdy mniej więcej wie, jak wygląda jego niedziela i że to dzień święty, żebyś święcił – nie byłem pewien, czy wypada mi w niedzielę z aparatem kłaść się na chodnik i z perspektywy chodnika fotografować fasolki i rozdeptane ziemniaki i pomidora. Bo jeszcze w zwykły dzień, to jakoś by to chyba przeszło w sposób niezauważony, nie rzucałoby się tak w oczy. Najwyżej ktoś by powiedział: patrz, a ten bezrobotny, to teraz z nudów zdjęcia robi mieszankom warzywnym, a mógł robić zdjęcia burmistrzowi i jego zastępcom. Co za upadek człowieka.

Więc przez to, że to była niedziela – chodziłem, kręciłem się i w końcu zdjęcia nie zrobiłem, a i posprzątać, też nie posprzątałem. Więc wychodzi na to, że nie dosyć, że palę, to jeszcze nie sprzątam mieszanek warzywnych. Żadnych lajków z tego mojego osiedlowania tutaj nie ma, jak widać.

W każdym razie, kiedy tak sobie myślałem o tej mieszance, bo założyłem, że komuś wypadła z rąk i nie było chyba sensu jej podnosić, no nie wiem, ale pomyślałem sobie przy okazji, że nie dosyć, że sam się tak zaplątałem w życiu, że wszystko trzymam kurczowo w rękach, żeby tylko czegoś z nich nie wypuścić, to jednocześnie świat taki ujrzałem, który kurczowo dziesięć srok za ogon trzyma i za cholerę żadnej nie pozwoli się uwolnić. A tutaj, w takiej Wschowie, proszę, mieszankę warzywną ktoś upuścił, na chodniku leży roztrzaskana, udeptana, ale jeszcze można ją rozpoznać. Swoją drogą przyjdźcie jutro tutaj popatrzeć, pozwiedzać, być może jeszcze będzie leżała, a przynajmniej jej fragmenty.

Wracając jednak do tej myśli, że człowiek, w tym ja sam, trzyma kurczowo w rękach taką przysłowiową mieszankę warzywną i za nic nie chce jej wypuścić z rąk, bo wydaje mu się, że wraz z tym wszystko się zmieni, słońce zajdzie, ziemia się zatrzęsie albo księżyc przestanie świecić. To patrząc dzisiaj na te fasolki, udeptanie połówki ziemniaków i pomidor, uznałem, że chyba nie.

Że trzeba czasami coś z tych rąk upuścić, niech się rozbije o chodnik na osiedlu, niech go tam ludzie omijają, niech inni rozdeptują, niech on powoli zanika, nic więcej tego, co się upuści, nie czeka. Jedynie tyle, że za chwilę nie będzie po tym śladu.

I tak sobie pomyślałem, że wcale nie muszę zabierać głosu w sprawach, związanych z lokalną polityką. Mogę to wypuścić z rąk. Że być może nie muszę się upierać, że w życiu zawodowym, nie chcę mieć nikogo, kto by mi mówił, co mam robić. Może i to warto wypuścić z rąk. Może warto wypuścić z rąk ten nadmiar ambicji, że można  w moim wieku jeszcze wyjść poza osiedle. Może w ogóle warto wszystko wypuścić z rąk. Niech się rozbije o chodnik na osiedlu, nikt tego i tak nie podniesie, samo zniknie, na trzeci dzień już nikt o niczym nie będzie pamiętał. No, może będzie pamiętał bloger. Ale przecież zdarzają się takie sytuacje, że platformy blogowe wypuszczają z rąk blogi i nie ma ich w przestrzeni Internetu, leżą gdzieś na osiedlu kilka dni i ślad po nich ginie. I nie ma po nich śladu.

 

Patryk Vega – brzydszy brat Smarzowskiego, ale za to bliźniak Rogera Aliesa

Słyszałem ostatnio Patryka Vegę u Jacka Żakowskiego w poranku Tokfm i widziałem w Onet Rano, jak jeździł z Jarosławem Kuźniarem po ulicach Warszawy. Panowie zaprosili reżysera do swoich programów chyba dlatego, że robi film o politykach, a Żakowskiemu i Kuźniarowi pewnie wydaje się, że będzie to obraz – nieważne jaki, ważne o czym – wymierzony w polityków Prawa i Sprawiedliwości. Mogą przecież tak myśleć, bo od samego początku twórca Pitbulla dawał do zrozumienia, kręcąc marketingowe lody, że film nie jest na rękę rządzącym. Jeszcze nikt filmu nie widział, a już sam Jarosław Kaczyński się wypowiadał na jego temat, a wszyscy wiedzą, że Jarosław Kaczyński wypowiada się w ostateczności i byle czego nie komentuje.

Sam Vega, który do tej pory nie przyciągnął swoimi filmami takiej liczby widzów, jak film Kler Smarzowskiego, odgraża się, że jest facetem i już przed premierą swojego filmu pobił Kler na łeb, na szyję. Marzy mu się pobić rekord frekwencyjny Kleru, bo prawdę mówiąc, Vega myśli tymi samymi kategoriami, co jego zdolniejszy brat reżyser Smarzowski. Smarzowski jest wyrafinowany, a Vega nie. Można by powiedzieć, że ten pierwszy reprezentuje dzisiejszy lewicowo-liberalny sposób myślenia, a Vega konserwatywny, przaśny i ludowy. Obaj w swoich filmach mówią mniej więcej o tym samym tylko ze względu na elektorat/publiczność stosują inne narzędzia. Są do siebie podobni, chociaż na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli (kiedyś to dokładnie omówię, ale póki co, nie mam na to czasu).

W związku z tym Vega przy okazji swojego obrazu wykorzystał do promocji filmu, którego jeszcze nikt nie widział, takie osoby, jak Kaczyński, Pawłowicz, Misiewicz, Żakowski i Kuźniar oraz wiele innych osób, o których nie wiem, bo nie mam czasu, żeby to wszystko śledzić i rejestrować.

Jakiś czas temu lubiany i szanowany przeze mnie Tomasz Raczek ukuł opinię, że filmy Vegi są tak złe, jak filmy Barei pod wieloma względami, ale publiczność te filmy kupuje i w żaden sposób nie należy zdaniem Raczka, lekceważyć tego reżysera (ciekawe kto przewidział po jego kinowym Pitbullu sprzed 14 lat, że ten reżyser pójdzie w tym, a nie innym kierunku). No i swoją drogą to ciekawe, że obecnie publicyści z liberalno-lewicowej strony chwalą zalety Vegi, pomimo tego, że jego marketing wzorowany jest na PR Prawa i Sprawiedliwości. A jeżeli nie jest wzorowany, to niczym się nie różni.

Zdaniem Raczka reżyser Vega stworzył swój własny, rozpoznawalny język filmu, którym w doskonały sposób komunikuje się z polską publicznością. Może i tak jest, ale odnoszę takie wrażenie, kiedy słucham Patryka Vegi, że światem filmu zaczęły rządzić te same mechanizmy, co światem polityki. A sam Patryk Vega mówi o swojej publiczności, to samo, co PiS o swoich wyborcach. Ponoć reżyser wydaje duże pieniądze, żeby dowiedzieć się, czego chcą Polacy i on im to daje. Swoją drogą, jakbym słyszał Rogera Aliesa, twórcę konserwatywnego kanału Fox News, granego przez Russela Crowe’a w serialu ,,Na cały głos”

Nie wiem o czym będzie nowy film Patryka Vegi, poza tym, że o politykach. Podejrzewam jednak – udowodnienie tej tezy wymagałoby sporo czasu, a póki co, tego czasu nie mam – że to Prawo i Sprawiedliwość natchnęło Patryka Vegę do robienia takich a nie innych filmów (jego sukcesy frekwencyjne zaczęły się na dobre za czasów rządów PiS) i że właśnie w elektorat tej partii Vega celuje. Szkoda, że tego nie rozumie Żakowski, ani Kuźniar.