Notatki z poniedziałkowej komisji: Dlaczego raport oświatowy nie uwzględnia likwidacji SP Osowa Sień?

Jeżeli uczciwie mielibyśmy wyciągać jakieś sensowne wnioski z raportu o stanie oświaty na terenie gminy, który pokazał Urząd, to nie wynika z niego, że w gminie powinny zostać cztery szkoły podstawowe. Wynika z niego, że jedynym sensownym rozwiązaniem są trzy szkoły podstawowe na terenie gminy. Jeżeli oczywiście uwzględnić tylko czynnik ekonomiczny.

W poniedziałek odbyło się kolejne spotkanie poświęcone wschowskiej oświacie. Tym razem pani wiceburmistrz i dyrektor Biura Oświaty rozmawiali z radnymi o dokumencie, który tydzień temu opublikowała na swoim profilu facebookowym radna Katarzyna Owoc-Kochańska, czyli o raporcie o stanie oświaty. Z tego raportu wynika, że pracownicy Urzędu po wcześniejszej analizie finansów gminy, analizie demograficznej, uwzględniając takie zjawiska, jak dowożenie dzieci z miejscowości wiejskich do szkół we Wschowie, czy rosnące od lat koszty wschowskiej oświaty, uznali, że gmina powinna zlikwidować cztery szkoły wiejskie – w Konradowie, Lginiu, Łysinach i Siedlnicy.

Na spotkaniu była obecna dziennikarka portalu zw.pl, rejestrowała to spotkania, prawdopodobnie więc zainteresowani będą mieli okazję wysłuchać tej dyskusji.

Nie wchodząc w szczegóły, w trakcie tego spotkania ustalono, że Biuro Oświaty przygotuje kolejny dokument, bardziej szczegółowy, w którym pojawią się nowe informacje, które pozwolą radnym podjąć decyzję co do przyszłości szkół wiejskich.

Wspominałem już po spotkaniu w Lginiu, że przekaz gminy jest niejednoznaczny co do szkół wiejskich. Pan dyrektor nieustannie powtarza, że prezentacja na temat oświaty, pokazywana mieszkańcom Konradowa, Lginia, Łysin i Siedlnicy właściwie po spotkaniu z mieszkańcami Konradowa była już nieaktualna choćby ze względu na rejonizację czy stan infrastruktury szkół wiejskich, który był zbyt ogólnikowy, co z kolei wywoływało nieporozumienia. Jeżeli chodzi o rejonizację, to po spotkaniach w ubiegłym tygodniu, wynik ich jest taki, że rozważany jest scenariusz przeniesienia wszystkich uczniów (lub większości) ze szkół wiejskich do SP3. Co do infrastruktury szkół, okazało się, że – jak można było się domyśleć – jedne placówki mają większe potrzeby, drugie mniejsze.

Jednak w całej tej dyskusji są to drobiazgi wobec zasadniczego pytania, które sprowadza się do tego, czy likwidować, czy nie likwidować szkół wiejskich. Które szkoły likwidować, a które ewentualnie zostawić. Czy przenieść uczniów z Łysin do Lginia, a jeżeli tak, to co na to pozostałe placówki z Konradowa i Siedlnicy? Rzeczą zrozumiałą jest, że zostawienie jednej z tych placówek sprawi, że pozostałe będę bronić się przed zamknięciem. Problemów jest cała masa. Uwag do dokumentu, jaki przedstawił Urząd również jest sporo, ale zdaniem przedstawicieli szkół, jest to dokument, który na tle wcześniejszych tego rodzaju opracowań, które powstawały w ostatnich latach, i tak wyróżnia się rzetelnością.

Jeżeli uczciwie mielibyśmy wyciągać jakieś sensowne wnioski z raportu, który pokazał Urząd, to nie wynika z niego, że w gminie powinny zostać cztery szkoły podstawowe. Wynika z niego, że jedynym sensownym rozwiązaniem są trzy szkoły podstawowe na terenie gminy. W takim kierunku zmierza demografia gminy. SP Osowa Sień pomimo tego, że ich plan finansowy oraz koszt jednego ucznia, wygląda podobnie, jak w SP1 i SP2, to jednak nie zmienia faktu, że liczba urodzeń w gminie, spada z roku na rok. Za kilka lat do szkół na terenie gminy pójdzie, według raportu, 200 uczniów (szkoły zwracają uwagę, że od tej liczby należy odjąć około 10 procent, co daje nam 180 uczniów) i rozsądnie byłoby ich umieścić w trzech szkołach, a nie czterech.

Jeżeli konsekwentnie traktować to kontrowersyjne zdanie, zamieszczone w raporcie, że dzieci z miejscowości wiejskich lepiej się będą rozwijać w miejskich szkołach, to dlaczego Urząd zgodnie z raportem, miałby pomóc dzieciom z Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy, a zostawić na pastwę losu, dzieci z Osowej Sieni. Jak pomagać wszystkim, troszcząc się o ich rozwój, to nie zapominajmy w takim razie o Osowej Sieni.

Na koniec, niepokojący jest jeszcze jeden fakt, który należałoby wyjaśnić. W tabeli nr 12 na szesnastej stronie raportu, który otrzymali radni, widzimy, że koszt jednego ucznia w SP3 wynosi 20 tysięcy złotych, czyli aż 14 tysięcy więcej, niż przewiduje to subwencja. Jest to największy koszt w gminie, poza SP Siedlnica, gdzie koszt jednego ucznia wynosi 27 tysięcy i przekracza subwencję o 18 tysięcy. Dla porównania SP Osowa Sień, która ma mniej uczniów niż SP3 (Osowa Sień – 134 uczniów, SP3 – 168) koszt jednego ucznia wynosi 12 tysięcy złotych i gmina dokłada do ucznia 3 800 złotych. Różnica jest ogromna. A to oznacza, że w SP3 dzisiaj widać z daleka, że coś jest nie tak z planem finansowym, bo jeżeli w SP1 i SP2 koszt ucznia wynosi kolejno – 8 800 złotych i 9 200 złotych (zaokrąglam liczby to pełnych setek), to dysproporcje są ogromne i w mojej ocenie należałoby te dane uszczegółowić, żeby radni mieli wgląd i świadomość dlaczego koszty ucznia w SP3 są tak duże, jak w szkołach wiejskich (Lgiń, Łysiny, Konradowo), gdzie uczniów jest trzy razy mniej.

To, o czym napisałem wyżej nie uwzględnia oczywiście strategii gminy, która została obrana w sprawie likwidacji szkół wiejskich. Jak już wspominałem, pisałem o tym w innym miejscu i w mojej ocenie jest to strategia, która co by nie mówić, polega na chowaniu głowy w piasek, jest nieudolna i zniechęca do siebie społeczności wiejskie. Nie uwzględniłem też społecznych strat lub ewentualnych zysków, wynikających z ewentualnych decyzji, likwidujących szkoły wiejskie. To wymagałoby osobnego omówienia, a właściwie szczerej rozmowy na poziomie gminy.

Notatki z Lginia: O likwidacji szkół wiejskich

Gdyby do nas przyszła (w sensie: gdyby do nas przyszła likwidacja szkół wiejskich – przyp. RK)

skłamałbym, że wyszłaś,

że na świat nie przyszłaś

(parafraza z ,,Wojenki” Lao Che)

Wróciła propozycja likwidacji szkół wiejskich w Konradowie, Lginiu, Łysinach i Siedlnicy. Rozmawiano o tym we wtorek z nauczycielami SP Konradowo oraz mieszkańcami tej miejscowości, a w środę z nauczycielami SP Lgiń oraz mieszkańcami Lginia. W czwartek podobne spotkanie odbędzie się w Łysinach, a dzień później w Siedlnicy.

W Lginiu o reformie oświaty, czyli likwidacji szkół, rozmawiali pani wiceburmistrz Marta Panicz-Szajnkenig oraz dyrektor Biura Oświaty i Spraw Społecznych Dawid Gierkowski wraz z dwiema urzędniczkami z Referatu Oświaty. Spotkanie z mieszkańcami trwało 2 godziny bez kilku minut.

Warto też wspomnieć, że od wtorku dostępny jest w sieci dokument ,,Informacja o stanie oświaty”, który trafił bodajże do radnych właśnie we wtorek. Może do niektórych wcześniej. Co nie zmienia faktu, że jest on dostępny na profilu facebookowym radnej Katarzyny Owoc-Kochańskiej. Wynika z niego, że plan jest taki, aby od roku szkolnego 2020/2021 funkcjonowały na terenie gminy cztery szkoły – trzy we Wschowie (SP1, SP2 i SP3) oraz SP Osowa Sień.

Zanim w kilku słowach zrelacjonuję to dwugodzinne spotkanie, to muszę poczynić kilka słów wstępu. O tym, że obecna ekipa będzie chciała reformować oświatę, było wiadomo kilka miesięcy wcześniej. Szkoły się na ten scenariusz już dawno przygotowały, podobnie, jak małe, lokalne społeczności Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy. Była to tylko kwestia czasu, kiedy obecna władza podejmie rozmowy na ten temat. I myślę, że po doświadczeniach ostatniej kadencji, to błąd, że najpierw w przestrzeni publicznej pojawiły się plotki, a potem co gorsza, potwierdziły się. Już na tym poziomie – podejrzewam – pojawiła się nieufność co do intencji Ratusza. Bo gdyby wtedy, może nawet od samego początku kadencji, nowa władza miała odwagę rozmawiać z mieszkańcami, dzisiaj mogłaby zaproponować jakieś rozwiązania, które byłyby wynikiem tych rozmów. A tak, przynajmniej na spotkaniu w Lginiu, początek miał sugerować, że nie ma jeszcze żadnych decyzji, jest czas na rozmowę, a dokumenty, które są dostępne w sieci, mówiły jednak co innego. To drugi powód, dla którego trudno było przekonać do siebie rozmówców.

W poprzedniej kadencji, kiedy podejmowano rozmowy na temat likwidacji szkół (ufiliowania, bo była mowa właściwie o filiach) – argument był jeden – ekonomia. W tej kadencji, jak można było usłyszeć na spotkaniu, argumenty są dwa – ekonomiczny i społeczny. Innymi słowy mówi się, że oczywiście są finanse gminy, które nie stoją najlepiej, ale jednocześnie nie zapomina się o mieszkańcach, kiedy myśli się o budżecie gminy. Niestety za tą, powiedzmy, ambitną zasłoną, nie kryją się żadne konkrety. Na koniec pozostaje tylko i wyłącznie ekonomia. I to moim zdaniem trzeci błąd – taki, że obecna władza nie wypracowała takich argumentów, które różniłyby się czymkolwiek od argumentacji poprzedników. Jak ktoś słusznie zauważył na spotkaniu w Lginiu, są to tylko zabiegi pijarowskie, za którymi nie widać, a przynajmniej przedstawiciele Urzędu nie potrafią przekonać, że za likwidacją szkół wiejskich stoi również troska o mieszkańców. Być może za tą troską stoi to słynne już zdanie z dokumentu, który otrzymali radni, że ,,z powodu mniejszej liczby kontaktów z innymi ludźmi słabszy jest rozwój społeczny i większa nieśmiałość dzieci wiejskich„. Kryje się za tym obietnica, że po reformie oświaty, czyli likwidacji szkół wiejskich, rodzice z Lginia, Konradowa, Łysin i Siedlnicy za jakiś czas będą mieli w swoich domach śmiałe i rozwinięte społecznie dzieci. Może to jest ten społeczny aspekt tej reformy. Nie wiem, jak w Konradowie, ale w Lginiu mieszkańcy nie kryli oburzenia do tego stopnia, że pani wiceburmistrz pytała publicznie dyrektora dlaczego to zdanie zostało zawarte w tym dokumencie. Może się mylę, ale to również nie pomogło w budowaniu jakiejkolwiek formy zaufania.

Jednym z nielicznych argumentów, niezwiązanych z ekonomią, które miałyby stać za likwidacją szkół wiejskich jest fakt, że z każdej z tych szkół część dzieci dowożona jest do Wschowy. Spisałem to sobie i sprawy mają się następująco:

Na 66 uczniów z Lginia, 50 uczy się w SP Lgiń, 16 dojeżdża do Wschowy

Na 87 uczniów z Łysin, 53 uczy się w SP Łysiny, 34 dojeżdża do Wschowy

Na 73 uczniów z Siedlnicy, 36 uczy się w SP Siedlnica, 37 dojeżdża do Wschowy

Na 95 uczniów z Konradowa, 52 uczy się w SP Konradowo, 43 dojeżdża do Wschowy

Argument jest taki, że spora część dzieci jest dowożona do Wschowy, zatem jest to naturalny kierunek, w którym zmierzają szkoły wiejskie. Zdaniem obecnych na spotkaniu rodziców dzieje się tak, ponieważ od dawna jest zły klimat wokół szkół wiejskich i część rodziców uznała, że skoro w gminie wraca, jak bumerang, chęć likwidacji tych placówek, to będą swoje dzieci dowozić do Wschowy. Nie wiem, czy tak jest na pewno, bo nie rozmawiałem z tymi konkretnymi rodzicami, ale wynika z tego, że w takim razie pozostali nie ugięli się i stanowią ten najtwardszy elektorat, który będzie bronił szkół wiejskich za wszelką cenę. Mówiąc inaczej przedstawiciele Urzędu spotykają się dzisiaj z rodzicami zdeterminowanymi. A w związku z tym negocjacje wcale nie wydają się być łatwiejsze. Na to zdaje się Urząd też nie był szczególnie przygotowany, myśląc, że dane, które przedstawił, mogą w jakikolwiek sposób przekonać tych rodziców, którzy nie podjęli decyzji o dowożeniu dzieci do Wschowy. A skoro do tej pory takiej decyzji nie podjęli, to czym w takim razie miałby ich skusić Ratusz? Tego nie wiadomo i zdaje się nie ma na to pomysłu.

Nie znam planów obecnej władzy, ale warto mieć z tyłu głowy i taki scenariusz, że likwidacja szkół wiejskich, bez filii, to plan optymalny, który niekoniecznie Ratusz chce zrealizować. Pomijam oczywiście już fakt, jak potoczą się rozmowy w Radzie Miejskiej, czy to w ogóle jest dzisiaj realne do przeforsowania na poziomie Rady.

W poprzedniej kadencji, kiedy po raz pierwszy podjęto rozmowy na temat likwidacji szkół, była mowa o likwidacji Gimnazjum nr 1 i ufiliowaniu szkół wiejskich. To był ten optymalny plan. Na koniec wycofano się ze szkół wiejskich, co miało być wyrazem kompromisu, a zlikwidowano Gimnazjum nr 1. Później powtórzono ten manewr, a kompromisem, widocznym z daleka, było zachowanie Szkoły Podstawowej w Osowej Sieni. Jak wszyscy pamiętają, zmiana ustawy sprawiła, że na jakąkolwiek likwidację szkół wiejskich nie zgodziła się pani Kurator. Chociaż, jak przedstawiał to ówczesny obóz władzy, ta reforma mogła się udać, gdyby Rada jednogłośnie podjęła taką uchwałę, a mieszkańcy nie wnosiliby protestów. Stało się inaczej, atmosfera w gminie w żaden sposób nie dawała nadziei na jakiekolwiek porozumienie.

A jak jest dzisiaj? Gdyby założyć, że rzeczywiście Ratusz ma wypracowany jakiś ukryty kompromis, który położy na stole za miesiąc, np. taki, że zostawia na wsiach klasy I-III, to – znowu – i tak odbędzie się to poza mieszkańcami, a będzie się wokół tego rozwiązania budowało większość w Radzie. Jeżeli jednak i takiego ukrytego kompromisu Ratusz dzisiaj nie posiada, to w sumie cała ta historia traci sens, bo jaki cel właściwie miałyby te wszystkie zaplanowane spotkania z rodzicami i nauczycielami? Chyba tylko taki, żeby te społeczności wiejskiej zirytować i zniechęcić do siebie na dobre.

Kto zabrał pieniądze organizacjom, czyli burmistrzem może być każdy, nawet mężczyzna, który zostawił rękawiczki w sklepie zoologicznym

Motto:

Frankfurt w roku 1399 z pomocą marynarzy pozbył się goło paradującego wariata.

(Michel Foucault, Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu)

Wpadłem w ostatnich dniach na komentarz, którego autor twierdzi,  że wschowscy radni z opozycji to wstrętni pajace. Że pajace, wiadomo, bo przecież byli przeciwni uchwale o współpracy ze stowarzyszeniami, a skoro byli przeciwni, to ani stowarzyszenia, ani organizacje sportowe nie otrzymają w 2020 roku żadnych pieniędzy. Przynajmniej tak twierdzą takie wirtualne twory, jak Miasto i Gmina Wschowa, konradantkowiakoficjalnie oraz WIP (strona organizacji pozarządowej), które zdaje się postanowiło konkurować na  wątpliwe dokonania z innym, znanym stowarzyszeniem, a mianowicie SOS.

Będzie się działo – pomyślałem – skoro tak twierdzą te wirtualne byty, bo chyba wszystko padnie jak muchy. Jedno po drugim – Czas ART., WSTK, Korona, WKM, Twórcze Horyzonty, SKZW wraz z mażoretkami i wiele podobnych, działających na terenie gminy, a byty na facebooku w postaci Miasto i Gmina Wschowa, konradantkowiakoficjalnie oraz WIP (strona) przeżyją. Nie wiem dlaczego, ale tak ten świat jest pomyślany, że coś pada, a coś nie pada. Czasami się tez zdarza, że coś pada na łeb, ale to zupełnie inna historia, alternatywna i właściwie trochę trącąca myszką, w sensie archaiczna, taka sprzed ery facebooka, więc to padanie na łeb, zostawmy historykom idei.

I teraz mamy zatem taką oto sytuację. Otóż kilka dni wcześniej, zanim pojawiły się tego typu komentarze oraz byty wirtualne zatańczyły fokstrota na facebooku, wraz z moim starym, sprawdzonym przyjacielem Krzysztofem, wybraliśmy się na konferencję czy też (żeby nie być posądzonym o stosowanie epitetów) na briefing. Odbyła się ona/on w sali obrad Ratusza. Tak, tam, gdzie raz w miesiącu, zasiadają te osoby, co nieustannie pajacują, jakby nie mieli nic innego do roboty, jak chociażby wziąć się w garść i nauczyć się kilku kroków tańca towarzyskiego, który przypłynął do Europy w bodajże 1918 roku.

Ale do rzeczy. Otóż, kiedy tam weszliśmy, to okazało się, proszę mi wierzyć, że na sali przebywały trzy awatary, takie ikonki jakby, czy coś. Były to konradantkowiakoficjalnie, Miasto i Gmina Wschowa oraz WIP (strona). Nigdy czegoś takiego nie widziałem jeszcze, ale na prowincji mieszkam, w depresyjnym miasteczku, to też proszę się nie dziwić, że się dziwię, jak tylko coś zobaczę takiego, że aż mi dech w piersiach zapiera. Żeby nie być gołosłownym, to w kilku słowach opiszę te awatary, ikonki, czy coś. Otóż konradantkowiakoficjalnie miał taką, jakby to powiedzieć, to była taka okrągła ikonka (pozostałe również były okrągłe, pod tym względem niczym się nie różniły) z białą obwódką, a w środku można było zauważyć twarz mężczyzny w okularach. Miasto i Gmina Wschowa z kolei to była taka dość potężna postać na białym tle z koroną na głowie i piwnym brzuchem, a WIP (strona) zaprezentowała się nam mniej więcej tak, że w tej okrągłej ikonce, w środku był jeszcze jeden okrąg (tym razem z czarną obwódką), a w tym okręgu widniał napis WIP, a pod spodem, ciurkiem biegł napis Wschowski Inkubator Potencjału.

Ten pierwszy awatar, ikona, czy coś – mówiła, ten drugi – pstrykał, a ten trzeci awatar kręcił. No i super, prawda? Tam się dowiedzieliśmy z moim starym, sprawdzonym przyjacielem, że postanowiono zmniejszyć dotację na stowarzyszenia i kluby sportowe o 120 tysięcy złotych.

Dwa dni później, a może tylko dzień później, pojawiły się w internecie materiały na sesję, z których wynikało, że żadne 120, a 220 tysięcy będzie mniej na te nieszczęsne kluby sportowe i stowarzyszenia (świeć Panie nad ich duszami). 220 tysięcy? A przecież w świat poszła informacja, że 120 tysięcy. To – takie sobie ćwiczenie zrobiłem – to ile w końcu?  120, czy 220? Wiem, głupie pytanie,  z takim głupim pytaniem, to raczej już jest prosta i niechlubna droga do pajacowania, prawda?

W dniu sesji, w ten czarny czwartek wschowskiego samorządu, ten dzień, w którym w ciągu kilku godzin przeszliśmy całą europejską drogę szaleństwa, począwszy od trądu, przez choroby weneryczne po obłęd (Twardoch mnie nudzi okrutnie), rzuciła mi się (jak i wielu mieszkańcom tej średniowiecznej gminy) aktywność tych trzech avatarów, ikonek, czy coś, o których sporo przecież napisałem (patrz wyżej).

I co się okazało? Otóż te awatary, ikonki, czy coś, poinformowały, że nie 120 tysięcy, jak to pierwotnie zostało omówione, będzie mniej, nie 220 tysięcy, jak to potem wyglądało w papierach, a wszystko, całe 470 tysięcy mniej będzie. Co ciekawe nastąpiła też zasadnicza zmiana wroga. Okazało się, że winny za ten stan rzeczy nie jest rząd RP, jak to się wcześniej mówiło, a opozycja, ta tutaj, lokalna. A opozycja ta tutaj, lokalna (przeczytałem później), to wstrętni pajace. I tak wygląda ta historia, czy też, jak mówią w pewnych kręgach, tak wygląda degradowanie urzędu burmistrza, a trzeba pamiętać, że burmistrzem może być każdy, jak ktoś błyskotliwie zauważył, np. twój sąsiad, pani, która wyprowadza rano psa, mężczyzna, który zapomniał rękawiczek w sklepie zoologicznym, czy dajmy na to kucharz, który zaspał do pracy.

Oczywiście ktoś powie, człowieku, co ty tutaj bredzisz, przecież znajdą tego, kto przerzucił winę z rządu RP na opozycję lokalną. Człowieku, powie ktoś inny, czy nie potrafisz słuchać ze zrozumieniem, jak ci mówią, że te trzy awatary, ikonki, czy coś, co mają konta na facebooku, to ktoś, jakiś człowiek z krwi i kości za tym wszystkim stoi i teraz będzie śledztwo i wkrótce dowiemy się kto to jest, jakie ma imię i nazwisko, jaka jest jego data urodzenia oraz imię ojca i panieńskie nazwisko matki. I dopiero wtedy oczy zrobisz ze zdziwienia. Takie oczy wielkie zrobisz, ze ci całą twarz wypełnią i tak ci już zostanie do końca życia. Czy ty człowieku tego nie rozumiesz?

Potomek poststrukturalistów rozmyśla o Muzeum Ziemi Wschowskiej, żłopiąc wino i paląc przy tym kubańskie cygara

Podmiot (…) zawsze mówi zbyt dużo, albo zbyt mało, mówiąc krócej: mówi zawsze coś innego niż to, co chciał powiedzieć

(Slavoj Zizek)

Jak opisać zjawiska, których wszyscy byliśmy świadkami, które przyjęło się już rozumieć w jednoznaczny sposób, które zostały już opisane i zakodowane w publicznej świadomości, a które pomimo tego, wydają się jednak wymykać naszej intuicji? Tym bardziej, kiedy nie potrafimy ani patrzeć, bo to na nas się patrzy, ani mówić, bo język to coś bardzo wobec nas zewnętrznego, wyuczonego i bezmyślnie powtarzanego, jak na przykład forma podziękowań, która padła na sesji Rady Miejskiej we Wschowie w stosunku do wybitnych pracowników wschowskiego muzeum.

Jak tę historię jeszcze raz opowiedzieć? Szczególnie, kiedy przyjmiemy, że wcale nie jest tak, jak przekonywał Kartezjusz, że myślimy, więc jesteśmy, skoro, myśli się za nas, myślimy przygotowanymi przez kogoś zdaniami, a właściwie myślimy strukturą języka, która jest wobec nas zewnętrzna, tak, jak zewnętrzna wobec nas jest podana nam na tacy forma wypowiedzi, którą stosujemy w sytuacji, kiedy ktoś zasłużony odchodzi z jakiejś instytucji. Trudno wtedy o optymistyczną kartezjańską ułudę, że myślę, więc jestem, skoro nie myślę, tylko jestem myślany, nie mówię, bo jestem mówiony, nie widzę, tylko jestem widziany. Nie dziwi więc popularna anegdota, powtarzana przez freudystów, która opowiada o znanym psychoanalityku, który usłyszawszy od spotkanej osoby, że cieszy się ona na jego widok, zapytał, dlaczego mówisz, że cieszysz się na mój widok, skoro naprawdę cieszysz się na mój widok?

Czy da się tę historię, która została już raz opowiedziana, wypowiedziana, opisana i której nadano jakieś tam znaczenia, czy da się tę historię odwrócić? Jeszcze raz opowiedzieć? Szczególnie, kiedy Muzeum Ziemi Wschowskiej zostało pozbawione dyrektora, który co by nie mówić, miał wizję tej instytucji, daleko wybiegającą poza granice miasta i gminy, w których to granicach  instytucja miała swoją siedzibę. A wraz z dyrektorem odchodzi historyk, kustosz, którego historyczne prace w ostatnich latach, były omawiane, czytane i komentowane, który potrafił zająć publicznie krytyczne stanowisko wobec jednej z prac Martina Sprungali.

Czy da się naprawdę, ot tak, przejść wobec tej historii obojętnie, używając do tego językowych przyzwyczajeń, udowadniając, jak mówił inny psychoanalityk Jacques Lacan, że myślę, więc nie jestem, bo jestem tam, gdzie nie myślę? I czy rzeczywiście doszliśmy, jako mała wspólnota, liczącą ledwie ponad 20 tysięcy mieszkańców do punktu, w którym konwenans traktowany jest, jak walka?

To nie jest rodzaj szlachetności i troski o muzeum, a już na pewno nie jest to żadna walka, kiedy muzeum traci swoją osobowość, a radna dziękuje za prace osobom, które sprawiły, że to muzeum jest jakieś. Można przy okazji odwrócić anegdotę z Freudem i zapytać, czy rzeczywiście radna, kiedy mówi, że dziękuje, dziękuje naprawdę? Od odpowiedzi na to pytanie, daleka jest jeszcze droga do stwierdzenia, że ktoś tutaj prowadzi walkę o tę instytucję.

Bo czy nie jest raczej tak, że nadając konwenansom, maskom, w które się stroimy, znaczeń, których one nie mają, czy nie jest tak, że właśnie w ten sposób poddajemy tę instytucję, wywieszamy białą flagę, budując jedynie mit walki, mrugając z ekranu do widza, dając do zrozumienia, że walka trwa, ale na niby, że coraz mniej nabojów, ale nigdy tych nabojów nie potrzebowaliśmy, że coraz mniej żywności, ale prawdę mówiąc stoły mamy zastawione, jak nigdy dotąd.  

Czy zatem jesteśmy, jak ci słuchacze Freuda, do których psychoanalityk w słynnych wykładach, poświęconych psychoanalizie, powiedział, że musi ich uznać za osoby z zaburzeniami psychicznymi? Pewnie tak, skoro bylibyśmy skłonni napisać scenariusz do ,,Bravehart – Waleczne Serce”, w którym William Wallace, grany przez Mela Gibsona, wybrałby się do króla Anglii, żeby mu powiedzieć, że ok., zabieracie nam kobiety w naszą noc poślubną, zabieracie nam pieniądze i jedzenie, plądrujecie nasze ziemie i zabijacie naszych przywódców, wiem, że to robicie, ale wiecie co – mówiąc słowami jednej z radnych – zaprzestańcie już tego, naprawdę, wszyscy są już tym zmęczeni albo gdyby powiedział słowami drugiej radnej, że jest zaniepokojony tą sytuacją i chciałby przy okazji podziękować na dworze króla Anglii, tym którzy opuścili Szkocję w wyniku tego piekła, które im zgotował król. Trudno sobie wyobrazić scenę, w której angielski król po tego rodzaju wypowiedziach, uznałby, że Wallace walczy o Szkocję. Raczej uznałby go za nieszkodliwego wschowianina, który zawędrował gdzieś przez przypadek i mówi od rzeczy.

Zatem jest jakaś walka?

Nie jestem zachwycony. Boże Ciało – recenzja [spoilery]

Foto: Aurum Film Andrzej Wencel

Do ,,Bożego ciała” podchodziłem z dużym entuzjazmem. Szczególnie po tym, jak zewsząd pojawiały się głosy, że nowy film Komasy nie został w Gdyni doceniony tak, jak na to zasługiwał. To chyba taka naturalna postawa, że dopinguje się twórcom, o których się mówi, że z jakichś powodów zostali skrzywdzeni. Dużo dobrego o tym filmie już powiedziano, pewnie jeszcze zostanie powiedziane, dlatego skupię się na tym, gdzie w mojej opinii ,,Boże ciało” zawodzi. Muszę się w związku z tym posiłkować spoilerami. Zatem jeżeli ktoś jeszcze filmu nie oglądał, proponuję wrócić do tego tekstu po obejrzeniu filmu.

Film jest dobrze odbierany przez większość krytyków i widzów. Mam jednak wrażenie, że po dość jednostronnym ,,Klerze” Wojciecha Smarzowskiego i wstrząsającym dokumencie braci Sekielskich, ,,Boże ciało” Jana Komasy przyjmowane jest z ulgą. Nie jest to film, w którym jakaś część widzów, mogłaby się czuć nieswojo. Nie u siebie, wykluczona i obrażana. To zdecydowanie zaleta tego filmu.

Są dwie sceny w tym filmie, które tłumaczą ten pozytywny odbiór, któremu towarzyszy wspomniana ulga. ,,Boże ciało” potrafi pokazać w którym punkcie jesteśmy i jacy jesteśmy bez wytykania nikogo palcami, ale też bez stawiania wyraźnych diagnoz, właściwie można by powiedzieć, że przesłanie jest płynne, niedomówione, nieostre, wyznacza bardzo duży obszar, w którym każdy bez wyjątku może czuć się, jak u siebie w domu. Jeżeli uda się takie granice – wydaje się mówić film – wyznaczyć na zasadach właśnie takiej trochę płynności i nieostrości, wtedy wspólnota jest możliwa do pomyślenia. Nawet wspólnota, którą dzisiaj nie sposób sobie wyobrazić

Nie pije, nie ma dowodów

W jednej z początkowych scen ,,Bożego ciała”, główna postać filmu, Daniel (grany przez Bartosza Bielenia) pomaga wraz z kościelną nietrzeźwemu i nieprzytomnemu  proboszczowi przedostać się do łóżka. Po wszystkim ni to stwierdza, ni to pyta o problemy księdza z alkoholem. Słyszy w odpowiedzi od kościelnej, granej przez Aleksandrę Konieczną, że ksiądz proboszcz nie pije. Niby zabawne, prawda? Nie pije, a przecież widzimy, że pije.

Niemal identyczna scena ma miejsce wtedy, kiedy mała społeczność stara się ze sobą dogadać w sprawie, która od roku nie daje im spokoju. Danielowi wydaje się, że pomogłyby w tym nowe dowody. Kiedy jednak zwraca się do osoby, która jest w ich posiadaniu i która mu zresztą dopinguje, otrzymuje podobną odpowiedź, jaką usłyszał wcześniej od kościelnej. Nowych dowodów nie ma. Trzeba pracować nad porozumieniem, nie licząc, że się je wykorzysta. Tak, jakby tych dowodów nie było. Nie ma zabawy w dziennikarskie śledztwo. W efekcie może nie uda się obalić kilku mitów i uprzedzeń, a pomimo tego trzeba podejmować próby, żeby się dogadać.

Innymi słowy – i dla mnie to jest przesłanie filmu – cudu nie będzie, dowody na to, że jedna ze stron sporu jest moralnie gorsza, a druga moralnie lepsza, nic nie wskórają. Czasami trzeba powiedzieć, że się nie pije, chociaż pije, że nie ma dowodów, pomimo tego, że są dowody. Porozumienie, jeżeli będzie, odbędzie się pomimo dowodów, bez cudu, bez fajerwerków. W jaki sposób? Tego film nie mówi. Na pewno dokona się to poza ogólnodostępnymi kanałami, poza mediami, poza reflektorami, poza politykami, poza oficjalnymi strukturami. Wystarczy, że po jednej i drugiej stronie ujawnią się empatia, wyrozumiałość, przebaczenie, może nawet miłość. Wtedy wszystko jest możliwe. Jedni powiedzą, że to chrześcijański cud, inni, że świecki racjonalizm. Nieważne. Ważne, że wykopane rowy, zostaną zasypane. I w tym widzę ten chrześcijański wymiar filmu, o którym się zresztą przy okazji tego obrazu mówi. Uda się nam, przetrwamy, chociaż trudno powiedzieć, kiedy to się dokona i w jaki sposób.

Film mnie nie zachwycił Jeżeli rzeczywiście Jan Komasa tą produkcją przebił wszystkie pozostałe, startujące w konkursie głównym tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, to zupełnie innego znaczenia nabiera wypowiedź Wojciecha Marczewskiego, przewodniczącego Rady Programowej festiwalu. Jeżeli ktoś oglądał relacje TVP Kultura z festiwalu w Gdyni, to pamięta, że pierwszego dnia Wojciech Marczewski pytany o kondycję polskiego kina, odpowiedział, że brakuje mu filmów wybitnych.

Prawdziwe wydarzenia

Film ,,Boże ciało” inspirowany jest prawdziwymi zdarzeniami, które miały miejsce w jednej z polskich parafii. Pojawia się tam młody chłopak, który podszywał się pod księdza i  zastąpił schorowanego proboszcza. Po jakimś czasie prawda wyszła na jaw, sprawa trafiła do sądu, gdzie młody mężczyzna został łagodnie potraktowany. Zupełnie inaczej traktuje go kościół katolicki. Tutaj został ekskomunikowany, a to znaczy, że nie może korzystać z sakramentów, np. z sakramentu ślubu. 

Scenariusz Mateusza Pacewicza

Tę historię opisał Mateusz Pacewicz w Gazecie Wyborczej. Potem z pomysłem na film na podstawie tych prawdziwych wydarzeń udał się do Krzysztofa Raka, autora scenariuszy do takich filmów, jak ,,Bogowie”, czy ,,Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. O tym spotkaniu Krzysztof Rak opowiadał na konferencji prasowej w Gdyni podczas trwania festiwalu. To była konferencja z udziałem twórców filmu Boże ciało. Z tej relacji wynikało, że Krzysztof Rak przeczytał konspekt, który przyniósł Pacewicz, po czym zakomunikował, że pomysł mu się podoba i chętnie napisze na jego podstawie scenariusz. Okazało się, że Mateusz Pacewicz raczej sam chciałby  ten scenariusz napisać z pomocą doświadczonego Krzysztofa Raka i tak przez pewien czas obaj panowie pracowali nad scenariuszem. Następnie przesłali między innymi Janowi Komasie, ten wprowadził sporo uwag, bo jak mówił reżyser na tej samej konferencji, kiedy coś mu się podoba, to poświęca temu sporo czasu. Proponowane zmiany nie zraziły Mateusza Pacewicza, uwagi zostały wprowadzone, Krzysztof Rak ponownie odsyła scenariusz już z poprawkami do Komasy i w ten sposób rodzi się współpraca młodego scenarzysty i reżysera. Zaczynają się przygotowania do filmu. W międzyczasie Jan Komasa przekazuje młodemu Pacewiczowi zarys swojego pomysłu na scenariusz do filmu ,,Sali samobójców. Hejter”, Pacewicz pracuje nad scenariuszem i okazuje się, że  film w przyszłym roku ma wejść na ekrany kin.

Warto też dodać, że pierwotnie ,,Boże ciało” kończyło się, jak mówił Jan Komasa w wywiadzie dla portalu Na ekranie – komediowo, słodko, a nawet romantycznie.

Fabuła filmu

O czym jest zatem film. Najogólniej mówiąc 20-letni Daniel, zostaje warunkowo zwolniony z poprawczaka i jedzie do pracy w tartaku. Jak pokazują pierwsze sceny filmu, wygląda na człowieka religijnego. Nie wiemy – skąd wzięła się jego religijność, ale widać, ze jest autentyczna. Na miejscu, dokąd przyjeżdża, rezygnuje z pracy w tartaku i przekonuje córkę kościelnej, że jest księdzem. W ten sposób dostaje się do parafii i na drugi dzień okazuje się, że zastąpi proboszcza, który wykorzystuje niespodziewaną wizytę młodego księdza i sam wyjeżdża na leczenie, spowodowane problemami z alkoholem. Daniel nie jest już Danielem, ale księdzem Tomaszem. W miejscowości, w której od teraz będzie pełnił rolę duszpasterską, doszło rok temu do tragedii. W wypadku samochodowym zginęło siedmioro osób. Z jakichś powodów winą obarcza się mężczyznę, który również zginął w tym wypadku. W efekcie jego żona zostaje wykluczona oraz napiętnowana. A jednym z przejawów tego wykluczenia jest fakt, ze nie udało się do tej pory pochować prochów mężczyzny na cmentarzu parafialnym. Młody ksiądz Tomasz próbuje rozwiązać ten problem, a na koniec wraca tam, skąd przybył, czyli do poprawczaka, ponieważ donosi na niego współtowarzysz z poprawczaka, Pincher.

Warto dodać, że Jan Komasa, mówiąc o tym filmie w wielu wywiadach, podkreślał, że to historia o wykluczeniu, dla której analogią może być katastrofa smoleńska i jej skutki społeczno-polityczne. A także o dość rewolucyjnej religijności, wzorowanej na ewangelicznej rewolucji Chrystusa, która była wymierzona w ówczesny porządek religijny, struktury, który ten porządek stworzył i jego przywódców.

Z tym filmem mam trzy podstawowe problemy. I każdy z nich omówię z osobna.

Przyczyny wykluczenia

Pierwszy mój problem, to sposób, w jaki próbuje się wytłumaczyć przyczyny wykluczenia w tej miejscowości. Dowiadujemy się, że rok temu zderzyły się dwa samochody. W jednym jechał dorosły mężczyzna, który kiedyś miał problemy z alkoholem, ale od trzech lat nie pije. W drugim samochodzie jechało sześcioro młodych osób, o których dowiemy się w trakcie filmu, że zanim wsiedli do samochodu przynajmniej część z nich była pod wpływem alkoholu i narkotyków. W wyniku wypadku wszyscy giną. Winą za to wydarzenie został obarczony kierowca, który jechał w pojedynkę. Żona tego mężczyzny nie radzi sobie z atmosferą w tej miejscowości i wyprowadza się gdzieś chyba na obrzeża lokalnej społeczności. W dodatku trzyma w domu prochy zmarłego męża i czeka – za radą proboszcza – aż atmosfera zelżeje, żeby pochować mężczyznę na parafialnym cmentarzu.

Zdaję sobie sprawę, że przy tego rodzaju tragediach, mogą pojawić się niedorzeczne podejrzenia lub próby zrzucenia winy na którąś ze stron. Wydaje się jednak, że jest to możliwe o tyle, jeżeli wcześniej, przed wypadkiem, ta miejscowość była od czasu do czasu niepokojona jakimiś większymi lub mniejszymi kontrowersjami lub wybrykami mężczyzny, którego wini się za śmierć pozostałych. Wypadek wtedy może stać się takim punktem granicznym w życiu wspólnoty, w którym przelewa się czara goryczy, rozum zostaje odłożony na bok, a do głosu dochodzą skrajne emocje.

Film próbuje nas przekonać, że jedna ze stron zostaje oskarżona, ale na poziomie faktów nie ma do tego podstaw, a biorąc pod uwagę dotychczasowe relacje, o których jest bardzo skąpo w filmie, nie sposób uznać, że mogły w efekcie być paliwem dla tych skrajnych emocji, które wykluczają jedną z osób do tego stopnia, że, na jej domu pojawiają się wulgarne napisy, kierowane pod jej adresem.

Film nie tłumaczy, co takiego się stało, że cała społeczność decyduje się na tak skrajną postawę wobec kobiety, wdowy. Brakuje uwiarygodnienia takiej postawy Oglądając ,,Boże Ciało” czułem się trochę poza tym konfliktem, nie miałem poczucia, że jest on autentyczny. Gdybym miał najprościej, jak mogę powiedzieć co myślę o tak zarysowanym konflikcie w filmie, to powiedziałbym, że jest mocno naciągany. Zdaję sobie sprawę, że widz chcąc nie chcąc, musi zaakceptować taki stan rzeczy. Mnie jednak przez cały film towarzyszyła myśl, że brakuje temu wiarygodności i przez cały seans liczyłem na to, że twórcy trzymają coś w zanadrzu, żeby uwiarygodnić tę historię.

Tłum bez twarzy

Niestety nic takiego w tym filmie się nie pojawiło, a dzieje się tak – i to jest mój drugi zarzut – za sprawą tego, w jaki sposób jest przestawiona starszyzna w tym filmie, która – bądź co bądź – doprowadziła do wykluczenia wdowy po mężu, który zginął w wypadku samochodowym. Bo jeżeli – o czym trochę później powiem więcej – młode pokolenie w tym filmie jest przestawione w miarę wiarygodnie na tle tego konfliktu i widać tam i różnicę zdań, i emocje i różne teorie mniej lub bardziej zgodne z faktami, to już zupełnie jest tego pozbawione starsze pokolenie, które, jak wspomniałem, jest odpowiedzialne za ten konflikt. Poza Lidią, kościelną, graną przez Aleksandrę Konieczną i wdową (rola Barbary Kurzaj), pozostałe osoby tworzą jedynie tło w tym filmie, zresztą dość umowne i osobliwe, spotykające się przy gablocie ze zdjęciami zmarłych osób, rozmodlone, zrozpaczone po utracie swoich dzieci. Otóż wyraźnie czuć, że na poziomie scenariusza nie ma na nich pomysłu. Są w większości bezwolni, niemal niemi, nie reagują na przykład (poza kościelną, na której w scenariuszu jest jakiś pomysł) w tak kluczowych scenach, jak ta, kiedy ksiądz wraz z córką kościelnej, Elwirą, konfrontuje ich z ich własnymi, anonimowymi listami, które wysyłali do wdowy. Podobnie w scenie, w której skromny kondukt żałobny przemierza wioskę, żeby pochować prochy mężczyzny. Przyłączają się do konduktu dwie osoby, które wcześniej wykluczyły wdowę spośród siebie. Dlaczego się przyłączają? Tego nie wiadomo. Czy tam wykonała się jakaś praca, czy sobie to jakoś wytłumaczyli? Ten proces jest niewidoczny. Nie jest nawet naszkicowany. Żadna scena, migawka, jakiś chociaż znak nie sugerują, że coś mogło się tutaj wydarzyć. Nie pada ani jedno zdanie, które mogłoby tę zmianę wytłumaczyć lub przynajmniej dać do zrozumienia, że coś się w tych ludziach zmieniło. Są to sceny kluczowe dla tego wątku i dla tej małej społeczności.

Oczywiście można by uznać, że wcześniejsza konfrontacja, w której ksiądz i Eliza wręczają tej grupie osób listy z hejtem, wysyłane do wdowy, budzą w nich jakieś ludzie odruchy. Można by uznać, ze tak rzeczywiście jest, gdyby w jakikolwiek sposób, to starsze pokolenie w tym filmie, zyskałoby jakąś twarz, zostało w jakikolwiek sposób chociaż naszkicowane. Ale tak nie jest. Niemal zawsze, kiedy się pojawiają, tworzą bezimienna grupę, z której nikt i w żaden sposób się nie wyróżnia. To taka niema twarz tłumu. Nie jest w żaden sposób zniuansowana, niczym właściwie też do siebie i do swojej postawy nie przekonuje.

Stąd, kiedy w jednej z ostatnich scen, wdowa wchodzi do kościoła, a kościelna kiwa głową, dając do zrozumienia, że akceptuje jej obecność nic nie wskazuje na to, żeby w niej samej, jak i całej społeczności dokonała się aż taka zmiana. Niby płynie z tego nadzieja, że porozumienie, nawet bardzo wątłe, jest możliwe. Niby jest rozwiązanie, ale w sumie narzucone siłą i autorytetem kapłana. Niby społeczność się porozumiała, ale nie wiadomo dlaczego. W filmie widać efekt tego porozumienia, ale nie wiadomo, jak do tego doszło. Tak, jak nie wiadomo było wcześniej, dlaczego właściwie to tragiczne wydarzenie wyrzuciło jedną osobę z tej społeczności na margines. Prawdę mówiąc, gdyby kościelna ruchem głowy dała do zrozumienia wdowie, że jej miejsce jest w przedsionku kościoła i że póki co nie ma zgody na coś więcej, to byłoby to uczciwsze wobec tego, co zobaczyliśmy na ekranie wcześniej i spójne z tym, co przez większość filmu widzieliśmy.

Co innego młodsze pokolenie pokazane w tym filmie ukazane w kontekście tragicznych wydarzeń sprzed roku. Widać wyraźnie, że scenarzysta Mateusz Pacewicz czuje młodych ludzi i wie, jak mogliby o takich sprawach rozmawiać, w jaki sposób potrafiliby się kłócić. Nie odbiera im podmiotowości, ani umiejętności wyrażania i wykrzykiwania swoich racji (rozmowa na barce). Różnią się w ocenie tego, co wydarzyło się rok temu. Ale o dziwo ten podział między nimi nie przebiega tak drastycznie, jak w starszym pokoleniu. Tutaj i wykluczona ze społeczności kobieta, jak i ta druga strona konfliktu, mają swoich przedstawicieli, obrońców i oskarżycieli. Kiedy kilka scen później Eliza, jedna z uczestniczek spotkania na barce, grana przez Elizę Rycembel śpiewa na parafialnym festynie, wszyscy jej znajomi, i ci, którzy się z nią nie zgadzali i ci, którzy widzieli sprawę wypadku podobnie, słuchają piosenki w jej wykonania z uwagą, widać, że są przyjaciółmi, pomimo sporów i jest w filmie w miarę przekonująco pokazane.

Że są po coś, czemuś służą

I to jest mój trzeci zarzut – scena na barce w kontekście tragicznych wydarzeń, przekonuje, że Pacewicz potrafi w jednej scenie, pokazać problematyczność tej tragedii. Nie zmienia to faktu, ze zabrakło takiej sceny, jednej, może dwóch, w której starsze pokolenie tej małej społeczności doszłoby do głosu. Wyraźnie widać poprzez sposób w jaki ta część lokalnej społeczności została przestawiona, że Pacewicz nie czuje starszego pokolenia, nie radzi sobie chociażby z zaznaczeniem ich podmiotowości w tym filmie. Prawdę mówiąc nie odnosi się wrażenia, że oni są w tym filmie po coś, czemuś służą. Ich umowność nie wprowadza dodatkowych znaczeń, które cokolwiek w tym kontekście mogłyby tłumaczyć. Mało wiarygodne skutki tragedii, za które odpowiada starsza część tej społeczności, sposób, w jaki została przedstawiona oraz zakończenie, które nie wynika w żaden sposób z tego, co widać było do tej pory na ekranie, znacząco obniżają poziom tego filmu.

To by było chyba wszystko, na co bym zwrócił uwagę. Mam też takie wrażenie, że odbiór tego filmu, który tłumaczyłbym ulgą po ,,Klerze” i dokumencie braci Sekielskich, w pewnym sensie jest takim wentylem bezpieczeństwa, z którego uchodzą wszystkie emocje – te złe i te dobre – które nagromadziły się w ostatnich latach.

 

 

Zasady obowiązują wszystkich, czyli zawsze coś jest nie tak

Bardzo, bardzo zaimponował mi na ostatniej sesji Rady Miejskiej we Wschowie radca prawny. Być może dlatego, że to mój imiennik, przyglądam się jego poczynaniom z dużą uwagą. Tym bardziej, że mało jest moich imienników w samorządzie, a tutaj proszę – trafił się i to od razu radca.

Zaimponował, bo przypomniał w ostatni czwartek, że zasady obowiązują wszystkich. A po tym, jak powiedział, że wszystkich, to jeszcze raz powtórzył – wszystkich. Uwierzcie, że tutaj nie ma przypadków. Jak radca prawny dwukrotnie powtarza, że coś obowiązuje wszystkich, wszystkich, to znaczy, że żarty się skończyły.

Gdyby tę zasadę przypomniał na przykład radnemu opozycji, to nie wzbudziłoby we mnie aż takiego zainteresowanie. Wiadomo – opozycja, to chłopcy i dziewczęta do przysłowiowego bicia, nie w sensie dosłownym, tylko symbolicznym rzecz jasna.

Czy nie ma ważniejszych spraw na tym świecie

Ale tym razem stało się inaczej. Dostało się przewodniczącym, a szczególnie przewodniczącemu komisji Oświaty, Kultury, Kultury Fizycznej i Spraw Socjalnych. Powie ktoś, a dlaczego tak się tutaj emocjonuję i to cudzym nieszczęściem. Czy nie ma spraw ważniejszych na tym świecie? Już odpowiadam. Są ważniejsze, oczywiście. Ale, żeby zaistniały te sprawy ważniejsze, to one właśnie składają się z tych pomniejszych. Czasami niewidocznych, wstydliwych, nie rzucających się w oczy, ba, wypartych ze świadomości, a nawet wypchniętych na margines. A pomimo tego, że się je przemilcza, one, te mniej ważne sprawy, razem wzięte, zsumowane, składają się na te wielkie, na te wierzchołki góry lodowej, na te sprawy świata. Bo, jak mówi Pismo, temu, któremu dużo dano (np. funkcję przewodniczącego komisji), od tego będzie się więcej wymagało (a nie mniej, jak to jest w zwyczaju).

Coś jest nie tak

Zatem w czym rzecz. Otóż zwrócono uwagę podczas X sesji Rady Miejskiej we Wschowie, że coś jest nie tak. Ktoś bystry zauważy, że wielkie mi halo, przecież od początku świata jest coś nie tak z nami, z niebem, ziemią i z tym, co żyje na dole i z tym, co żyje na górze. To prawda. Tak zawsze było i póki co, to się nie zmieni. Nawet, jeżeli przewodniczący jakiejś komisji miałby ochotę i tutaj poprzestawiać meble.

Ale do rzeczy. Otóż

No, proszę sobie wyobrazić

wrzesień albo październik,

hm… raczej październik,

południe,

jest słońce, pogodnie, toskanicznie, prawdziwa Polska jesień za oknami. W jeden z takich dni ma miejsce spotkanie radnych, którzy jakiś czas temu zgłosili się do prac w komisji Oświaty, Kultury, Kultury Fizycznej i Spraw Socjalnych. Nad jedną ze spraw, które są omawiane podczas zebrania tejże komisji, odbywa się glosowanie. Pewnie jedno z wielu. Podczas głosowania na sali nie ma jednej osoby. Głosowanie się kończy, a po głosowaniu na salę wraca radna, która nie uczestniczyła w głosowaniu. Przewodniczący, który znany jest z tego, że najczęściej w tej kadencji podkreślał na sesjach Rady Miejskiej, że zna ustawę o samorządzie gminnym (chociaż za każdym razem nikt nie wymagał od niego takiej deklaracji) pyta tę osobę, czy jest za jakąś tam sprawą, która akurat przed chwilą była przegłosowana. Radna odpowiada, że jest za i pomimo tego, że procedura głosowania już minęła, przewodniczący uznaje za stosowne wprowadzić do protokołu wynik, wliczając w to głos radnej, której nie było.

Wybory są fałszowane?

Znamy to skądś? Pewnie, że znamy. A dziwimy się później, że po tak zwanej stronie niedemokratycznej, podnosi się głosy, że wybory są fałszowane? Dziwimy się, prawda? Ale co tam, polskim, lokalnym demokratom wszystko wolno, nieprawdaż? Zatem takie rzeczy się dzieją

no, proszę sobie wyobrazić

że we wrześniu albo październiku

hmm… raczej październiku

w południe

kiedy jest słońce, pogodnie, niemal toskanicznie i można by w pokoju i miłości zakończyć obrady komisji. Ale nie, zawsze, jak to się mówi, wyjdzie coś nie tak, nawet w taki niby bogu ducha winny dzień.

Jednym słowem – autorytet

I co dalej z tą historią? Otóż po jakimś czasie odbywa się sesja Rady Miejskiej we Wschowie i sprawę tę podnoszą radni opozycji, mówiąc, że to – nie wchodząc w szczegóły – hańba. Przewodniczący, który czytał i zna, jak sam o sobie mówi (czy ktoś to w końcu kiedyś potwierdzi) ustawę o samorządzie gminnym idzie w zaparte. W końcu jest przewodniczącym, a z przewodniczącymi żartów nie ma, nawet, gdyby miał się wypowiadać na temat ewentualnych fałszerstw podczas wyborów do Sejmu i Senatu. Jednym słowem – autorytet. Zatem mówi, że to wszystko nieprawda. A jakże. Nieprawda, bo osoba, której podczas głosowania nie było, to ona, ta osoba brała udział w komisji, była przed głosowaniem i po głosowaniu, nie było jej tylko w trakcie głosowania i nie ma mowy, żeby coś tutaj mu insynuować, że coś jest nie tak, tak nie tak, jak to od początku świata jest nie tak na tym bożym świecie. Otóż jest inaczej zdaniem przewodniczącego.

Wąskie gardło wschowskich sporów z perspektywy wszechświata

I wtedy właśnie, w tej szczelinie wszechświata, której z góry chyba nie widać, tak wąskie jest to gardło wschowskich sporów i utarczek o prawdę, wtedy właśnie głos zabrał radca prawny. Mój imiennik swoją drogą. I – parafrazując – mówi on mniej więcej tak: Takie rzeczy się dzieją na terenie Urzędu? Że się głosy dodaje, ale po głosowaniu? Że to mówi przewodniczący, któremu więcej dano, dlatego też więcej od niego się wymaga? Że chyba coś naprawdę jest nie tak, bo zasady – mówił radca prawny, jakby go ktoś natchnął – zasady obowiązują wszystkich i po chwili powtórzył: wszystkich. A z tego by wynikało, że również przewodniczącego, który ustawę o samorządzie gminnym przecież zna, bo dlaczego miałby nie znać, skoro mówi, że zna. W przeciwnym wypadku – na co słusznie zwrócił uwagę radca prawny, mój imiennik bądź co bądź – można by przecież zarządzić głosowanie z jakiegokolwiek miejsca na świecie i zawsze przewodniczący mógłby taki głos zaliczyć, ale problem polega na tym, że nic na ten temat nie ma w ustawie o samorządzie gminnym, na którą to ustawę, jako się rzekło, w pewnych kręgach nieustannie jeden z drugim się powołuje.

Zawsze coś będzie nie tak

Czy zatem jest z tego jakiś morał? Nie ma, proszę mi wierzyć, że nie ma. Poza tym, że trzeba wymienić przewodniczącego, bo sam nie poda się do dymisji, ponieważ zna, jak często mówi o sobie, ustawę o samorządzie gminnym, to życie pokazuje, że tak czy siak, zawsze coś będzie nie tak (taki prymitywny rym mi z tego wyszedł). Zawsze coś będzie nie tak. Zawsze. Wszystko. Wszystkich.

Ps. Tekst powstał w oparciu o fragment X sesji Rady Miejskiej z 24 października 2019 roku, dostępny na kanale youtube wschowskiej gminy. Fragment należy słuchać od 2 godziny, 8 minuty i 45 sekundy do 2 godziny 13 minuty 2 sekundy nagrania.

Zemsta Boga

Jutro na wschowa.news pojawi się materiał, w którym wraz z radnymi zastanawiamy się na temat maryjnego patronatu nad Wschową. W czwartek też Rada Miejska zdecyduje, czy wyraża wolę objęcia przez Maryję patronatu nad Wschową.

Kiedy o tym myślę, zastanawiam się, czy gdyby odwołano pasterkę w wigilię Bożego Narodzenia, lub Triduum Paschalne przed Wielkanocą, mieszkańcy by podobnie reagowali, jak na brak we Wschowie Festiwalu Podróżników 100droga? Albo inaczej. Co bardziej jest dla mieszkańców obojętne lub co są w stanie zaakceptować – brak świeckiej, cyklicznej imprezy, czy brak mszy świętej, poprzedzającej święta grudniowe lub wielkanocne.

Wydaje mi się, chociaż mogę się mylić, że jednak na tym polu religia wygrywa ze zwyczajami świeckimi, chociaż brak 100drogi i innych takich ubytków w przestrzeni malej Wschowy, jak rozwiązanie seniorów Korony Wschowa, świecki, merytoryczny urzędnik poza Urzędem i tym podobne sprawy nie budzą zbyt wielu emocji.

Czy tak samo byłoby z religią? Wątpię. W takich małych, tradycyjnych miasteczkach, jak Wschowa widać to aż nazbyt wyraźnie. I nie jest to zarzut. Można odnieść wrażenie, że wbrew pozorom, pomimo tego, że wydaje się, że żyjemy w czasach, w których nieustannie dekonstruuje się, poddaje w wątpliwość zastane od wieków porządki, jak rola kobiet, rola dzieci, człowiek, Bóg, natura itp., że pomimo tego, wbrew pozorom religia ma się dobrze, a chwilami wydaje się, że nic nie jest w stanie jej zaszkodzić. Żaden ,,Kler”, czy film braci Sekielskich. Powiedziałbym nawet, że gdybym miał rzeczowo oceniać zaangażowanie osób, związanych z kościołem katolickim i porównał je do zaangażowania osób świeckich w świeckie sprawy, to zdecydowanie na tym polu wygrywają wierni kościoła katolickiego. Stąd chyba postulat, aby Rada Miejska zajęła się patronatem Maryjnym. Bo, jakby tego nie oceniać, nawet pod tym względem, ludzie kościoła są aktywniejsi i widać to w tym konkretnym przypadku. Jeżeli dobrze się orientuję, pod tym wnioskiem zbierane są podpisy i prawdopodobnie będzie ich więcej niż pod dokumentem, który proponował przeniesienie godziny obrad Rady Miejskiej z 14:00 na 16:00. Można by nawet śmiało powiedzieć, że projekt społeczeństwa obywatelskiego przegrywa w takich małych miasteczkach z projektem społeczeństwa religijnego. Jeżeli we Wschowie jakieś świeckie wydarzenie jest w stanie przyciągnąć spontanicznie mieszkańców w jedno miejsce, to jest to chyba koncert głównej gwiazdy podczas Dni Wschowy. Zdecydowanie więcej pod tym względem jest imprez o charakterze religijnym.

Czy zatem patronat Maryjny jest we Wschowie nie na miejscu? Z powodów, które wymieniłem powyżej – jest jak najbardziej na miejscu i wynika z dość dużej żywotności tej grupy mieszkańców, która identyfikuje się z kościołem katolickim. Tym bardziej, że we Wschowie świeckie imprezy, inicjatywy nie są w stanie zbudować wokół siebie grupy osób, które tak silnie by się identyfikowały z ich ideami, np. z ideami podróżniczymi, czy ideami, związanymi z piłką seniorską (tutaj być może trochę przesadzam z tą ideą), czy z ideami urzędnika, który musi sobie szukać pracy poza miejscem, w którym zostawił sporo serca i czasu.  Nawet jeżeli jednostki staną w obronie tych idei, ludzi, czy wydarzeń, to zdecydowana większość społeczeństwa milczy na ten temat. Stąd w efekcie mamy aktywność jednej, religijnej strony i – wydaje mi się – zanikającą aktywność drugiej strony, świeckiej. Nie dziwię się więc, że ta mniej aktywna grupa mieszkańców musi od czasu do czasu mierzyć się z aktywnością tej pierwszej grupy, ale wybiegając w przyszłość, trudno dostrzec jakieś przesłanki, które by miały to zmienić.

We Wschowie widziałem dwa duże ruchy społeczne, świeckie i zawsze miały one charakter polityczny. Mam na myśli Stowarzyszenie Inicjatywa Samorządowa i po kilkunastu latach – Stowarzyszenie Odnowy Samorządowej. Skupiały wokół siebie sporo obywateli i miały przez jakiś czas ogromny wpływ na Wschowę. Poza nimi, mówiąc kolokwialnie, nic na większą skalę nie miało miejsca. I chyba kolejny taki ruch w takiej małej miejscowości, jak Wschowa, pojawi się nie szybciej, jak za kilkanaście lat. Zatem dzisiaj mamy patronat Maryjny, a przynajmniej jego postulat. Przy takiej aktywności obywatelskiej na nic więcej nie można liczyć.

* tytuł wpisu zainspirowany został książką Gillesa Kepela ,,Zemsta Boga”.

Powiatowe wyniki do Sejmu na tle województwa lubuskiego. Fenomen PiS i Marka Asta

Czy to nie jest zastanawiające, że w całym województwie lubuskim PiS osiąga 34, 3% głosów, a w powiecie wschowskim aż 48, 17%? I że z tego by wynikało, że w powiecie niemal co drugi głosujący oddał głos na PiS? Przypomnę, że w powiecie mieliśmy 15 750 ważnych głosów, z czego 7587 przypadło partii Jarosława Kaczyńskiego. Na tle województwa to wynik, który można rozpatrywać w kategoriach fenomenu. W żadnym innym powiecie w województwie lubuskim nie udało się temu komitetowi zdobyć takiego poparcia. W samej Wschowie niemal co drugi głosujący oddał głos na Prawo i Sprawiedliwość. Te głosy np. moich znajomych, które pojawiają się na facebooku, pytające, gdzie są ci wyborcy, w mojej ocenie oznaczają jedynie tyle, że naprawdę bańki, w których żyjemy, zacierają nam rzeczywisty obraz. I może nam się wydawać, że cały Internet jest po naszej stronie, a to tylko złudzenie, bo wbrew pozorom – mówiąc pół żartem, pół serio – cały Internet jest poza naszym zasięgiem, poza naszym wzrokiem, poza naszą obserwacją. W związku z tym może się wiele wydawać, a później rzeczywistość sprawia, że nie wiadomo, gdzie żyjemy. Ale to tak pół żartem, pół serio.

Warto dodać, że ten procentowy udział głosów oddanych na PiS w powiecie wschowskim do tego stopnia odstaje od całego województwa, ze na 14 powiatów, tylko w powiecie sulęcińskim (najmniejszym co do liczby mieszkańców) PiS osiąga trochę ponad 40% poparcia, w dwóch powiatach (strzelecko-drezdeńskim i żagańskim) zdobywa niecałe 40%, a w pozostałych dziesięciu powiatach wynik PiS rozkłada się między 31% a 37%.

W dwóch najmniejszych powiatach pod względem liczby mieszkańców, czyli sulęcińskim i wschowskim PiS wygrywa zdecydowanie.

Na poziomie województwa, wynik Marka Asta również można rozpatrywać w kategoriach fenomenu. Na 15 750 głosów,  oddanych w powiecie wschowskim, Marek Ast zdobywa 4110 głosów. Co czwarty głosujący skreślił krzyżyk przy nazwisku posła Asta. W skali województwa, nigdzie Markowi Astowi nie udało się zdobyć takiego poparcia. Owszem ze względu na to, że nie jesteśmy zbyt dużym powiatem, w dwóch powiatach – nowosolskim i Zielonej Górze zdobył więcej głosów niż w powiecie wschowskim, ale na tle wszystkich oddanych głosów w poszczególnych powiatach, tylko w powiecie wschowskim Ast zdobył aż 26,15% poparcia.

Nie wiem, czym się poseł Ast odwdzięczy powiatowi wschowskiemu, ale wydaje mi się, że dwie obwodnice – w Sławie i Wschowie, to trochę za mało.

Z drugiej strony fenomen popularności partii PiS w powiecie wschowskim na tle całego województwa również zastanawia. Może ktoś z czytających ma na to jakąś teorię?

Gdyby wziąć pod uwagę wyniki w powiecie innych osób, którzy dostali się z lubuskiego do Sejmu, to wśród tego grona najwięcej głosów w powiecie zdobyła Anita Kucharska-Dziedzic z komitetu SLD. Zdobyła 910 głosów, ale udział w całości oddanych głosów w powiecie wschowskim, to zaledwie, a może aż – 5,78%, co sprawia, że wynik posłanki w powiecie wschowskim na tle jej osiągnięć w pozostałych powiatach, wypada słabo, ale nie najgorzej. Pod względem oddanych głosów wynik posłanki w powiecie daje jej 13 wynik na 14 powiatów, a procent oddanych głosów w powiecie lokuje ten wynik na 10 miejscu.

Wyniki SLD i KO w powiecie na tle województwa niczym się nie wyróżniają. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku liczba zdobytych głosów i ich procentowy udział w powiecie wschowskim wypadają najgorzej w całym województwie.

Paradoksalnie lepiej pod tym względem wypadają partie PSL i Konfederacji, których procentowy udział we wszystkich głosach oddanych w powiecie na tle ich wyników w pozostałych powiatach nie wypada najgorzej. Na 14 powiatów procent zdobytych głosów PSL w powiecie wschowskim, daje im siódme miejsce, a Konfederacji – 11.

Na tym tle wyróżnia się również wynik powiatowy Jolanty Fedak z PSL, która zdobyła 661 głosów. Niby to nie jest dużo, ale te 661 głosów, to 4,2% z wszystkich głosów, oddanych w powiecie, a to z kolei drugi najlepszy wynik procentowy posłanki na tle jej wyników w województwie. Trzeba pamiętać, że liczba głosów oddanych w powiecie najczęściej będzie mniejsza niż w pozostałych powiatach, ze względu na liczbę mieszkańców, ale już udział procentowy pokazuje na tle województwa, że wynik w powiecie wschowskim był jednym z lepszych, jakie udało się posłance osiągnąć.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Gdyby wziąć pod lupę, jak wyniki poszczególnych partii miały wpływ na ich osiągnięcia wojewódzkie, to najlepiej w powiecie pod tym względem wypada PiS, ich 7587 głosów w stosunku do 150 188 głosów zdobytych łącznie w Lubuskiem, daje 5,05%. Drugim najbardziej przydatnym wynikiem był wynik PSL. Ich 1856 głosów w powiecie w stosunku do 50 543 głosów w województwie daje 3,64% udziału. Trzecia pod tym względem jest Konfederacja. 1024 zdobytych głosów w powiecie to 3,24% z wszystkich głosów, jakie udało się Konfederacji zdobyć w województwie (31 430).

To zestawienie może dziwić, ale jak pisałem wcześniej, wyniki SLD (2,87% powiatowego udziału głosów w wyniku wojewódzkim partii) i KO (2,42% powiatowego udziału głosów w wyniku wojewódzkim partii), to efekt tego, że ich wyniki w powiecie wschowskim na tle ich wyników w pozostałych powiatach osiągały najgorsze rezultaty. Niczym się nie wyróżniały w odróżnieniu od wyników PiS, PSL i Konfederacji.

Cieszy mnie przegrana opozycji, a szczególnie Koalicji Obywatelskiej

Minęły już trzy dni od wyborów do Sejmu i Senatu i muszę przyznać, że cieszy mnie fakt, że opozycja nie ma większości w Sejmie. Ewentualna większość opozycji pod przywództwem jałowej Koalicji Obywatelskiej budziłaby mój ogromny niesmak. Przede wszystkim dlatego, że przez ostatnią kadencję Sejmu politykom PO udało się jedynie sprowadzić debatę publiczną do okrzyków, że wszystko się skończyło i nie ma już nic, bo PiS przejął władzę. Wtórowały temu mainstreamowe media i część opozycji. Na szczęście nie wszyscy i po wyborach do Europarlamentu od tej retoryki w końcu odciął się PSL, nigdy w te buty nie weszła partia Razem i po części Wiosna. Dzisiaj efekt tego jest taki, że wyborcy, którzy nie głosowali na PiS w pogardliwych słowach odnoszą się do osób, które nie myślą tak, jak one. Jedni się dziwią, że nikt z ich znajomych na facebooku nie cieszy się ze zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, inni twierdzą, że ci wyborcy się sprzedali za 500+, jeszcze inni odgrażają się, że ci, którzy zagłosowali tak jak zagłosowali, powinni natychmiast się ujawnić. Demokracja w tak zwanym obozie demokratycznym sprowadza się do tego, że ten, kto głosuje i myśli inaczej nie jest demokratą, sprzedał się, ewentualnie upodlił. Dziękuję, nie skorzystam.

Cieszy mnie porażka opozycji, a szczególnie Koalicji Obywatelskiej, również dlatego, że od czasu nowych rządów we wschowskim Ratuszu, jak myślę Koalicja Obywatelska, to widzę Wschowę z jej archaicznym, przestarzałym modelem korporacyjnym rodem z lat 90-tych. Jest to dla mnie namacalny przykład tego, że można kreować wizerunek nowoczesnego, progresywnego i doświadczonego demokraty, będąc jednocześnie  ultrakonserwatystą w działaniu i myśleniu.

Cieszy mnie przegrana KO również dlatego, bo kojarzy mi się z Urzędem Marszałkowskim, w którym większość ma koalicja PO-PSL. Koalicja ta przypomina sobie o prowincji na miesiąc przed wyborami, tak jak i senator Waldemar Sługocki, który informuje, że w Tylewicach nastąpi przełom po kilkunastu latach oczekiwania na remont drogi i budowę chodnika, a przełom ten nastąpił, ponieważ znalazł się burmistrz, który przekonał decydentów do tego, żeby zbudować ludziom chodniki. Fascynująca deklaracja. Nie chodzi o chodniki, o ulice, o kanalizację, tylko o to, czy ktoś kogoś przekona, że trzeba wykonywać swoje obowiązki na drodze wojewódzkiej. Wiem, wszyscy dookoła dzięki praktykom polityków PO przyzwyczaili się do tego rodzaju postawy i powszechnie wydaje się, że właśnie na tym polega polityka, wielka polityka. W mojej ocenie jednak, to nic innego, jak cynizm i wyrachowanie. Niczego więcej nie potrafię dostrzec. Podobnie, jak w wypowiedziach senatora Wadima Tyszkiewicza, który nieustannie dziwi się, że w Polsce jest demokracja i to obywatele tego kraju decydują kto ma większość w Sejmie, a nie Wadim Tyszkiewicz i jego znajomi na facebooku. Tak wypowiedzi byłego prezydenta Nowej Soli po wyborach do Europarlamentu, jak i te po 13 października dla mnie samego są dowodem na to, że to pokolenie nie rozumie tego kraju, tak jak nie rozumie, że diagnoza pod tytułem zmień pracę na lepszą, gdzie będziesz więcej zarabiać, weźmiesz sobie kredyt i kupisz mieszkanie jest żadną diagnozą i żadną opowieścią o Polsce. Swoją drogą te wypowiedzi świadczą również o tym, że wiedzę o wyborcach PiS bierze się z mainstreamowych propagandówek medialnych, obce są badania socjologów, którzy w sposób dobitny dowodzą, że wyborca PiS to człowiek, który w wielu wyborach jest bardziej pluralistyczny niż tzw. opozycja demokratyczna. Tutaj polecam dostępne w internecie badania dra Gduli oraz osobno Sadury i Sierakowskiego.

Koalicja kojarzy mi się również ze spacyfikowaniem Muzeum Ziemi Wschowskiej oraz emigracją merytorycznych pracowników Urzędu wschowskiego poza Urząd. Polska pod rządami Koalicji, byłaby pewnie Wschową w skali makro. Nie, dziękuję. Poczekam 4, a może 8 lat – być może w tym czasie lewica wykorzysta fakt, że dostała się do Sejmu i że ma po swojej stronie kilku ciekawych posłów z młodego pokolenia, którzy wyjdą poza retorykę jałowej Koalicji Obywatelskiej. Żeby było jasne, w wyborach do Sejmu głosowałem na Anitę Kucharską-Dziedzic.

Wiem, znajdą się osoby, które powiedzą: zaraz, zaraz, a Sądy, a Trybunał Konstytucyjny, a LGBT. a trolle w ministerstwie sprawiedliwości, a telewizja publiczna? A to i tamto? Owszem i to wymaga nagany, ale jestem symetrystą, czytam symetrystów i na każdy zarzut wobec PiS mam przygotowane zarzuty wobec Koalicji Obywatelskiej. A już fakt, że o wyborcach PiS mówi się w sposób pogardliwy (patrz wypowiedzi senatora Wadima Tyszkiewicza), proszę mi wierzyć, nie widzę różnicy wobec pogardliwych wypowiedzi kierowanych do środowiska LGBT. Nie wiem dlaczego to takie trudne szanować drugiego człowieka, myśląc, że jest się po moralnie lepszej stronie, bo gardzi się pisowcami, ale nie gardzi się nieheteronormatywnymi osobami. Nie widzę różnicy.

Megalomania Garetta Jonesa, krytyka filmowego i blogera

W najbliższą sobotę miną trzy tygodnie od zakończenia 44 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tak wspominam, ze trzy tygodnie miną w sobotę, żeby jakiś większy sens nadać temu, co tutaj napiszę. Zawsze to jakaś rocznica, której mogę się uchwycić, żeby przed sobą, rodziną, sąsiadami i znajomymi usprawiedliwić fakt, że nic nie robię, a siedzę, a piszę, a marudzę, a tekstów źródłowych szukam, a muszę coś doczytać, dosłuchać, do przemyśleć itd.

Wspominałem już o tym na blogu, że sporo czasu w tym roku poświęciłem temu festiwalowi, jeżeli oczywiście można mówić o kimś, kto między 16 a 21 września nie był w Gdyni, tylko we Wschowie, że sporo czasu poświęcił czemuś, co wydarzyło się kilkaset kilometrów od jego miejsca zamieszkania. To też jakaś wychodzi z tego megalomania, prawda? Że czas poświęciłem. Jakbym tam był co najmniej, a przecież nie byłem, filmów nie widziałem, żadnych zdjęć nie mam, żeby je pokazać na instagramie. Jednym słowem – słabo, słabiutko, naprawdę, mizernie to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie ma się czym chwalić.

Mogę za to powiedzieć, że rok temu przypadkiem trafiłem na relacje z gdyńskiego festiwalu nadawane na żywo z konferencji prasowych, w których udział brali twórcy poszczególnych filmów. Tych konferencji było kilka, a może nawet kilkanaście. Ten dostęp na odległość mnie wtedy zaskoczył, że tak można sobie posłuchać, co tam w wielkim świecie polskiego filmu się dzieje, ale człowieka z prowincji wiele nowinek zaskakuje i w tym roku po prostu, wiedząc, że festiwal się zbliża, wiedziałem, że skorzystam, posłucham, poszukam trochę w sieci, może coś więcej znajdę.

Odkryłem na przykład taki paradoks. Agnieszka Holland zrobiła film o brytyjskim dziennikarzu Garetcie Jonesie, który jako jeden z nielicznych, dociera w latach 30-tych XX wieku na teren głodującej Ukrainy i informuje świat, o tym, co tam się dzieje. Świat oczywiście w tamtym czasie, podobnie jak teraz o niczym nie wie i nie chce wiedzieć. A więc, w pewnym sensie, Holland robi film o współczesnym świecie i dziennikarskiej powinności. Kiedy jednak Tomasz Raczek, krytyk filmowy, mówi na swoim kanale (zaraz po obejrzeniu nowego filmu reżyserki, który otwierał festiwal w Gdyni), że film jest poprawny i nic ponadto. okazuje się, że zdaniem Agnieszki Holland, Raczek jest narcyzem, a jego ostatnie recenzje są coraz mniej profesjonalne (wywiad dla Radia Zet).

Owszem, Raczek poszedł dalej w swojej recenzji, twierdząc, że ceni sobie Agnieszkę Holland, ale kiedy kłócą się w niej racje intelektualne i racje artystyczne i na koniec wygrywają te pierwsze, to film na tym traci. I zdaniem Raczka film stracił.

Tomasz Raczek nie uprawia dziennikarstwa spod znaku Garetta Jonesa (Garett Jones, to postać prawdziwa, o której mało kto pamięta, ale jakie to ma znaczenie w czasach, kiedy pamięć zawodzi, gdy człowiek próbuje sobie odtworzyć imiona i nazwiska bohaterów, którzy być może coś ważnego mieli do powiedzenia dwa dni temu, ale po tych dwóch dniach zostali już wyrzuceni ze znajomych na facebooku, a na ich miejsce zaproszono do grona znajomych innych, których za dwa dni znowu się wyrzuci i przyjmie kolejnych), więc Tomasz Raczek to nie jest Garett Jones, ale dla kogoś takiego, jak ja, który do Gdyni na festiwal nie trafił, głos Raczka w sytuacji, kiedy mało kto recenzował na bieżąco filmy z głównego konkursu, staje się głosem, który oddaje, podobnie jak w przypadku Garetta, jakiś obraz tego, co tam się w tej Gdyni działo.

Pomyślałem sobie, że po co właściwie robić film o Jonesie, jak można by zrobić film o powinności krytyka filmowego w Polsce, którego opinia idzie w poprzek tego, co myślą o swoich dziełach twórcy i dlaczego taki krytyk musi być hejterem, człowiekiem, który kiedyś walczył o najwyższe standardy, ale teraz najwyraźniej z nich zrezygnował (wypowiedź producentki filmu ,,Ikar. Legenda Mietka Kosza” w komentarzu pod recenzją filmu na kanale youtube Raczka) oraz coraz mniej profesjonalnym krytykiem, narcyzem, człowiekiem, który odkleił się od rzeczywistości, a na pewno od rzeczywistości filmowej. To też byłby fajny film. Fajnych filmów nigdy za wiele.

Zresztą to wcale nie musi być film o powinności krytyka. To może być film o powinności blogera.

cdn