Zapalniczka wpadła mi do wody

Zapalniczka wpadła mi do wody. Woda była wymieszana z porannym moczem. Potem suszyła się na słońcu. A teraz działa. Ciekawe, czy byłoby podobnie, gdyby do wody wymieszanej z porannym moczem wpadły mi zdjęcia, które trzymam w telefonie. Wyłożyłbym je wszystkie, jak zapalniczkę, na parapecie i czekał aż przeschną. Ale czy one by potem zadziałały, tak, jak teraz działają, gdy je przeglądam na małym ekranie?

W bibliotece biorę z półek ,,Magiczne oko” Izabeli Filipiak i ,,Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji” Marceliny Szumer-Brysz. Tę drugą, bo zaczyna się 16 lipca 2016 roku. Dokładnie tego dnia, w nocy, przebudziłem się, jak to się często zdarza, bez celu i planu. Tym gorzej, kiedy w takim stanie przebudzasz się w świecie, w którym, żeby coś osiągnąć musisz mieć przed oczami cel i plan. Jeżeli tego przez przypadek nie masz, to lepiej nie otwierać oczu, inaczej świat cię połknie, przeżuje i wypluje. Po prostu się urodzisz i po jakimś czasie umrzesz.

Musiałem wtedy zajrzeć do laptopa, a z laptopa zajrzały do ciemnego, polskiego pomieszczenia, zaniepokojone tureckie twarze. W książce tę noc, w którą się przebudziłem, autorka nazwała  najdłuższą nocą w roku. A pod spodem tej nocy dowiedziałem się, że tureckie c czytamy, jak polskie dż, z kolei s i c ale to są s i c z takimi małymi zygzakami u dołu, prawie takie ś i ć, ale ustawione do góry nogami i bez tych przerw między kreskami nad literami, czytamy jak sz i cz.

Tę pierwszą książkę, którą wspomniałem, znalezioną w bibliotece, na półce, obok ,,Absolutnej amnezji” – miałem szczęście. Mówi się, że szczęściu trzeba pomóc. I chyba tak się stało w dniu, kiedy wybrałem się do biblioteki. Zresztą nie jestem teraz tego tak pewien, czy szczęściu trzeba pomóc. Czy tak się rzeczywiście mówi. Tak teraz o tym myślę, bo zajrzałem przy okazji do internetowej encyklopedii LGBT, a tam spis książek, wydanych przez Izabelę Morską (Filipiak) kończy się na 2007 roku, a link do jej bloga/strony jest nieaktywny.

Myślę, że mnie dużo ominęło. To mnie prawdę mówiąc prześladuje. Ten wybór opowiadań z jej dwóch książek ,,Niebieska menażeria” oraz ,,Śmierć i spirala” być może już kiedyś miałem w rękach. Ale całkiem prawdopodobne jest również i to, że wcale nie, że coś mi się wydaje, że sobie coś ubzdurałem, że sobie akurat to wymyśliłem. Nie zmienia to jednak faktu, że żyję już tak długo na tym świecie, że co kilkanaście lat trafiam na książki Izabeli Filipiak. Zawsze z dużym opóźnieniem. Czuję się wtedy tak nie w porę, jakbym przeżuwał zawsze jakiś inny świat, kiedy jego sens i smak jest w zupełnie innym miejscu. ,,Absolutną amnezję”, jedną z tych książek, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, przeczytałem – jeżeli dobrze liczę – kilka lat po premierze. To mógł być 2001 rok, może rok później, może dwa. Mogłem mieć 27 lat, a mogłem 28. Myślę, że ,,Absolutną amnezję” zaliczyłbym do jednego z 10 przełomowych tekstów, jakie zdarzyło mi się przeczytać, obok ,,Lochów Watykanu” Andre Gide, ,,Os” Arystofanesa, czy eseju Andrzeja Szahaja na temat strategii interpretacyjnej Stanleya Fisha (słynne pytanie studentki Fisha, czy na tych ćwiczeniach jest tekst, w sensie, czy wierzy się w teksty i tego typu rzeczy, czy w czytelnika).

Swoją drogą, kiedy tak wymieniam te tytuły i nazwiska, które za nimi stoją, to czy za tym gestem, można odkryć te same motywacje, które w innym miejscu i przez kogoś innego, sprowadzają się do wypisania modeli samochodów, którymi się przez ostatnie lata przemierzało polskie i europejskie drogi i autostrady? To bardzo prawdopodobne, że między jedną, a drugą strategią narracyjną, nie ma żadnej, ale to żadnej różnicy.

,,I love Wschowa”

Wydaje się, że przyszedł czas, żeby otwarcie powiedzieć, że obecny burmistrz Wschowy Konrad Antkowiak realizuje program wyborczy swojego kontrkandydata z II tury wyborów, Miłosza Czopka. Że jest spadkobiercą jego wizji Wschowy. A przynajmniej niektórych jej elementów. I chociaż wygrał w II turze z ówczesnym wiceburmistrzem, a teraz radnym, to coraz trudniej w obecnych działaniach gminy dostrzec elementy programu, które komitet wyborczy ,,Lepsza Wschowa” miał na sztandarach. Coraz częściej natomiast widać wpływ poprzedników do tego stopnia, że wspólnie, ramię w ramię radni z obecnej koalicji rządzącej i radni, związani z byłym wiceburmistrzem, głosowali nad zamiarem likwidacji szkół.

Można by nawet powiedzieć, że mamy dość paradoksalną sytuację, w której program kandydata, który przegrał II turę wyborów na burmistrza, jest obecnie realizowany przez burmistrza, który w trakcie kampanii wyborczej na temat likwidacji szkół wiejskich nie wypowiedział się ani razu. Oczywiście ktoś powie, że to stare dzieje. Że wtedy kandydat Konrad Antkowiak nie miał jeszcze wiedzy, co w trawie piszczy i wolał wypowiadać się na temat deptaka na Westerplatte, boisk na wsiach, senior taxi i większych środków na stowarzyszenia i kluby sportowe. A kiedy już wszedł do Urzędu i przekonał się o kondycji gminy, to porzucił te wszystkie wyborcze koncepcje na rzecz innej, o której mówili jego poprzednicy.

Jakkolwiek trochę czasu zajęło wypracowanie idei likwidacji szkół wiejskich i tak wynikałoby z tego, że wnioski, jakie wyciągnął obecny burmistrz, niczym się nie różnią od wniosków kontrkandydata z II tury wyborów samorządowych. A idąc dalej, skoro mieszkańcy odrzucili program wyborczy byłego wiceburmistrza, a zagłosowali na program obecnego, to powstaje pytanie, czy tak zwana głęboka reforma oświaty jest wolą wyborców obecnego burmistrza, czy jego kontrkandydata z II tury? Wydaje się, że bardziej prawdopodobne jest to drugie. Stąd pewnie symboliczna obecność byłej pani burmistrz Danuty Patalas na sesji Rady Miejskiej. Bo to w końcu jej wizja jest tak skrzętnie dzisiaj realizowana i to jej argumenty są dzisiaj podnoszone na sesji, nawet jeżeli wydaje się, że demografia i mała liczebność uczniów w szkołach wiejskich jest odkryciem obecnej kadencji.

Głosowanie nad zamiarem likwidacji szkół wiejskich już za nami. Warto więc zastanowić się czy  oszczędności, które gmina zyska z likwidacji szkół, będą rzeczywiście miały wpływ na życie wszystkich mieszkańców gminy. Czy też – po raz kolejny – są to słowa, które dzisiaj brzmią tak, a jutro nabiorą już innego znaczenia lub zostaną ot tak podmienione na inne?

Słuchając wypowiedzi burmistrza, która poprzedziła na sesji Rady Miejskiej, dyskusję nad uchwałami intencyjnymi (wypowiedź, przygotowana pisemnie, czytana z kartki, a więc można przypuszczać, że była przemyślana), wydaje się, że mamy do czynienia z nowym programem wyborczym. Takim programem już bez fajerwerków, można by powiedzieć przyziemnym, który nie wywołuje wielkich emocji, ot taka zwykła, żmudna, samorządowa praca. Dowiadujemy się nie po raz pierwszy zresztą, ze gmina jest zapóźniona, brakuje gdzieniegdzie wodociągów i kanalizacji, drogi gminne są w kiepskim stanie, podobnie rzecz się ma z mieszkaniami komunalnymi. Długa jest też lista doraźnych celów – samochody dla CKiR i Straży Miejskiej, książki dla biblioteki, otwarcie Lapidarium, renowacje zabytków (chociaż chciałoby się dowiedzieć, na które zabytkowe budynki mają być przeznaczone pieniądze), mamy tez przestarzałe serwery, komputery, żeby nie powiedzieć, że cała infrastruktura informatyczna jest do wymiany oraz nie obce są gminie problemy z miejskim monitoringiem. W końcu przydałby się gruntowny remont Ratusza. Na końcu tej opowieści jest obawa, że jeżeli czegoś gmina nie zrobi, już, teraz i natychmiast, to będą problemy. Nie będzie na budżet obywatelski, którego i tak nie ma, nie będzie na stowarzyszenia, chociaż i tak im okrojono w tym roku, nie będzie funduszu sołeckiego, a przyszłoroczny budżet gminy stoi pod znakiem zapytania.

Jeżeli realnie spojrzeć na potrzeby gminy, które – nie ukrywajmy – każdy zna, kto w podstawowym stopniu interesuje się sprawami wschowskiego samorządu, to wynika z tego, że jesteśmy po prostu biedną gminą. Zawsze taką byliśmy i trudno zakładać, że 3, 5 miliona zysku z likwidacji szkół wiejskich sprawi, że gmina zrobi znaczący krok do przodu. Musiałoby to być 100 milionów, żeby wyciągnąć się bez stresu na plaży i cieszyć się śródziemnomorskim słońcem. Problem w tym, że jeszcze jakiś czas temu byliśmy biedną gminą, ale z polotem. Naprawdę. Jeszcze kilka lat temu ta gmina była jakaś, pomimo tego, że borykała się z takimi samymi problemami. Mieliśmy festiwal podróżników, świetne pomysły na Jarmark Mieszczański, Królewski Festiwal Muzyki na poziomie, gmina trzeszczała od sporów, bo ktoś wydawał gazetę jedną i drugą, ktoś pisał bloga, ludzie się ze sobą sprzeczali i rozmawiali o samorządzie, mieliśmy ludzi z pasją na kierowniczych stanowiskach, których dzisiaj już nie ma. Wschowa była jakaś, była ciekawa, czasami nawet inspirująca, pomimo swoich finansowych problemów. A dzisiaj, kontynuując politykę poprzedników, mówi nam się, że nie dosyć, że nie ma już bożej iskry, to jeszcze jak nie zlikwiduje się szkół wiejskich, to nie będzie funduszu sołeckiego. Naprawdę?

W gąszczu znaczeń. Od ,,Uncut gems” przez ,,Synonimy” do ,,Planety singli”

Opowiadałem ostatnio kilku osobom o tym, jak powstawały ,,Uncut gems” (polskie tłumaczenie: ,,Nieoszlifowane diamenty”) braci Safdie, narzekając, że ta dziesięcioletnia historia jest o niebo ciekawsze i fascynująca od samego filmu. Zwrócono mi uwagę, że tak często bywa, a ja przypomniałem sobie, że rzeczywiście taką np.  ,,Sofijówkę” Stanisława Trembeckiego, oświeceniowy tekst, będę pamiętał za sprawą biograficznego eseju Ryszarda Przybylskiego. Szczególnie fragmenty, w których poświęca trochę uwagi ostatnim godzinom życia autora ,,Sofijówki”. Trembecki przez wielu uważany za zdrajcę, przez innych wielbiony za twórczość, do której miał skrajnie ambiwalentny stosunek, spędza ostatnie lata w Tulczynie, osamotniony, zdziwaczały, przejawiający oznaki obłędu. Ktoś go w tym Tulczynie policzkuje, a że Trembecki był poniekąd fatalistą i epikurejczykiem zarazem, wierzył, że tego spoliczkowania nie da się już zatrzymać, że będzie się ono powtarzało, bo taki jest charakter świata, że wszystko w nim się cyklicznie powtarza i odtwarza. A więc i to publiczne upokorzenie również. Trembecki miał po tym incydencie wrócić do swojego pokoju i zostać w nim przez kilka dni aż do śmierci, zostawiając po sobie obraz niespełna rozumu starca, który pod koniec życia karmił nieustannie wróble.

Ten obraz mam przed oczami, ilekroć myślę o ,,Sofijówce”, jak piszą krytycy, może nie

Stanisław Trembecki

najlepszym, ale chyba najbardziej znanym utworze Trembeckiego. Trzymam tego starca blisko siebie, jest czymś na kształt higieny intelektualnej, parasola ochronnego przed współczesnym kultem ciała, zdrowia i młodości, wizerunku, lajków i piaru. Och, gdyby dożyć takiej starości, pełnej dziwactw, obłędu i samotności, mając gdzieś swój dorobek życiowy, spędzając czas na karmieniu wróbli. Nic lepszego w tej antytezie współczesności nie mogło by mnie spotkać.

Zatem rzeczywiście, przypomniałem sobie, że różnego rodzaju tropy, konteksty oraz sam proces twórczy mogą stanowić doskonałą opowieść z własnym niepowtarzalnym urokiem, która żyje niezależnie i obok tego, czego stała się częścią składową..

I podobnie jest z ,,Uncut gems”. Jeżeli będę do tego filmu wracał, to tylko dlatego, że poświęciłem trochę czasu, żeby poznać braci Benny’ego i Josha Safdie, którzy zresztą, gdyby z kolei poczytali trochę o życiu Trembeckiego, bez wahania nadaliby mu znaczenia, jakie przypisują tytułowi filmu. W jednym z wywiadów tłumaczą – każda niejednoznaczna postać, kontrowersyjna, spalająca się, upadająca i odradzająca, to właśnie taki nieoszlifowany klejnot.  Takim klejnotem dla Safdie jest również główny bohater ,,Uncut gems” Howard Ratner, 48-letni nowojorski Żyd, właściciel sklepu jubilerskiego, mieszczącym się na 47 ulicy w Diamentowym Dystrykcie.

To zresztą są dwa z trzech głównych motywów filmu. Figura Żyda oraz Diamentowy Dystrykt, gdzie przez jakiś czas pracował ich ojciec. Trzecim elementem jest fascynacja koszykówką, nie byle jaka, ponieważ w zależności od tego, który koszykarz miał zagrać w filmie, zmieniał się też scenariusz. Najpierw miał to być Amar’e Stoudemire, amerykański koszykarz, żydowskiego pochodzenia, co pozwalało autorom ,,Uncut gems” figurę Żyda rozpisać na trzy rozmaite wątki – Felaszów, Czarnych Żydów z Etiopii, od których za 100 tysięcy dolarów kupuje czarny opal Żyd Howard Ratner, który pożycza na początku filmu tenże kamień koszykarzowi, który w pierwotnej wersji był również Żydem.

Problemy z finansowaniem filmu sprawiły, że zrezygnowano ze współpracy ze Stoudemire, a w zamian na późniejszym etapie pojawił się nie byle kto, bo Kobe Bryant. Film zmienia wymowę, wątek z koszykarzem miał być zbudowany wokół meczu, w którym gwiazda NBA zdobyła 60 punktów (chyba chodziło o ten pożegnalny mecz Bryanta). Safdie przepisują cały scenariusz od nowa, pracują nad tym dwa tygodnie, tutaj już Howard, grany przez Adama Sandlera, stara się odzyskać wygraną u bukmachera, a wymowa filmu ma zupełnie inny wydźwięk. Niestety i ten pomysł nie zostaje zrealizowany. I w końcu, po wielu perypetiach, trafiają na koszykarza Kevina Garnetta i z nim też kręcą sceny w sklepie jubilerskim Howarda, a czas akcji, umiejscawiają w 2012 roku.

The Weeknd

A skoro mamy 2012 rok, to inna gwiazda, mianowicie The Weeknd (kanadyjski wokalista, który za piosenkę Earned it, promującą ,,50 twarzy Greya”, nominowany był do Oscara), gra w ,,Uncut gems” siebie z 2012 roku, a więc jeszcze przed premierą swojej debiutanckiej płyty i będąc dopiero u progu kariery, wychodząc z muzycznego podziemia.

Czy takich smaczków jest więcej? Jest ich całe mnóstwo. Choćby wspomniana figura Żyda, którą Safdie szyją z takich osób, jak Al Goldstein (wydawca pornograficznego pisma ,,Screw”, który prowadził bardzo intensywne życie, by na koniec umrzeć w domu opieki społecznej), Meyer Lansky (jeden z bardziej znanych gangsterów w historii USA, którego majątek w pewnym okresie wyceniano na kilkadziesiąt milionów dolarów, a pomimo tego, kiedy zmarł, okazało się, ze miał oszczędności w kwocie około 60 tysięcy dolarów), czy Harvey Kurtzman (wybitny rysownik, uznawany za ojca undergroundowego komiksu, naczelny amerykańskiego, satyrycznego magazynu komiksowego MAD, w którym w latach 50-tych w sposób niespotykanie brawurowy  traktował wszystkie świętości ówczesnej popkultury). Wszyscy oni i wielu jeszcze innych nowojorskich Żydów byli inspiracją dla postaci Howarda Ratnera, zagranej przez Adama Sandlera.

Jak do tego jeszcze dodamy, że do głównej roli, którą ostatecznie zagrał Sandler,

Al Goldstein

przymierzany był między innymi nie byle kto, bo Harvey Keitel, z którym bracia Safdie spotkali się, żeby omówić szczegóły na kolacji paschalnej (chciałbym to swoją drogą zobaczyć, jak wszyscy razem spożywają żydowską, paschalną wieczerzę), to mamy pewien obraz splotu różnych osób i wydarzeń, które na chwilę pojawiały się w tym projekcie, by zaraz potem od niego odpłynąć.

Pomysł na ,,Uncut gems” pojawił się zaraz po reżyserskim debiucie braci w 2009 roku, osobistym filmie ,,Go get so Rosemary”. Na długo przed ,,Good time”, który w 2017 trafił do głównego konkursu w Cannes. I wydaje się na poziomie fabuły być mniej dojrzałym filmem od ,,Good time”. Prawdę mówiąc wszystkie te tropy, skwapliwie omawiane w wywiadach przez braci Safdie, w ,,Nieoszlifowanych diamentach” nie spinają tej historii w coś więcej niż problem jubilera, człowieka z klasy średniej (wyższa półka klasy średniej), któremu marzy się milion dolarów na koncie, a że musiał na ten cel pożyczyć 100 tysięcy dolarów i właśnie poznajemy go, kiedy przyszedł czas spłaty długu, to stara się ten problem rozwiązać w sposób, który chwilami przyprawia o szybsze bicie serca, może nawet zbyt szybkie. Oczywiście, że ogromną rolę odgrywa tutaj forma filmu, zdjęcia Dariusa Khondji (stawał za kamerą do takich obrazów, jak ,,Seven”, ,,Ukryte pragnienia”, ,,Okja”, czy ,,Funny Games”), dynamiczny montaż, zgiełk nowojorskiej ulicy, pośpiech, muzyka Daniela Lopatino, to wszystko tworzy ciekawą mieszaninę chaosu, buduje chwilami ścianę hałasu, ale nie wnosi do całej tej historii czegoś więcej ponad historię jubilera, który stawia swoje życie na ostrzu noża, igrając z losem, marząc o milionie na koncie. Właściwie cały ten formalny zabieg uwypukla, owszem, ale niezbyt oryginalną historię.

SpoilerMaster – podcast filmowy Michała Oleszczyka

Michał Oleszczyk w świetnym podcaście, poświęconym temu filmowi, przywołuje wywiad z reżyserami, w którym mówią, że film jest o tym, że umowa społeczna nie działa. Jak rozumiem zerwanie tej umowy, związane jest z zakończeniem ,,Uncut gems”, ale wtedy każdy kryminał moglibyśmy uznać za dzieło, które bierze na warsztat ten rodzaj społecznych relacji. ,,Uncut gems” jednak aż tak daleko się nie zapędza. To są rejony dla braci Safdie obce, żadnych tego typu intuicji społecznych nie sposób znaleźć, poza jedną, wobec której zresztą twórcy wydają się być bezradni. Jest ona widoczna w rozmowie Howarda z Kevinem Garnettem. Wtedy, kiedy w sposób najprostszy z możliwych, tłumaczą sobie, jak działa kapitalizm, z czego Garnett jest tym oburzony, jakby dopiero się urodził, a Howard tym oburzeniem zaskoczony. Ta opowieść o kapitalizmie zaczyna się tak, jak film, czyli od etiopskich górników, pracujących w kopalni Welo. Przy czym Garnett wyraża opinię, że zysk Howarda na czarnym opalu wobec pośredników nie jest w porządku, a Howard idzie jeszcze dalej i mówi, jak bardzo nie w porządku jest zarobek pośredników wobec zysku górników. Ale prawdę mówiąc, gdyby ci panowie powiedzieli sobie, słuchaj, my tutaj robimy interesy, ale chyba wiesz, że w Syrii giną niewinne dzieci, po czym każdy z nich wróciłby do swoich obowiązków, to miałoby to taki sam wydźwięk. Ta rozmowa zresztą w ,,Uncut gems” nie jest kontynuowana. Montaż tej sceny jest tak zrobiony, że w pewnym momencie Garnetta po prostu nie ma, znika, a sens, który mógłby tutaj zawinąć się wokół jakiejś umowy społecznej zostaje strywializowany, żeby nie powiedzieć zwulgaryzowany.

Zresztą ta scena oddaje sensy niemal wszystkich wątków w tym filmie. Tutaj wszystko jest niedopowiedziane, przez co chwieje się w posadach. Nie wiemy nic o tym, jak długo małżeństwo Howarda stoi nad przepaścią. Trudno jest też uwierzyć, że Howard przez większość swojego życia prowadził tak hazardową grę z losem, jak ta, którą obserwujemy przez cztery dni z jego życia, uwiecznione na ekranie. W końcu jest to jubiler, który ma własny dom (żona i troje dzieci), osobny apartament (w którym mieszka kobieta, z którą się spotyka), sklep, w którym zatrudnia co najmniej trzy osoby (na początku są cztery). Ma umowę z pośrednikiem, któremu odpala 6 procent od każdego klienta, którego przyprowadzi do sklepu, jeżeli tylko klient zostawi gotówkę. To życie pod względem ekonomicznym jest w miarę uporządkowane poza wspomnianą pożyczką, której konsekwencje będą zjadać całą tą historię, aż do jej zakończenia. Widząc tak zarysowane życie zawodowe Ratnera, nie w pełni zrozumiałe są biznesowe decyzje, które podejmuje. Wydaje się, że gdyby tak wcześniej żył, jak to widzimy na ekranie, to jego życie albo powinno już dawno leżeć w gruzach, albo przeciwnie – mógłby tym wymarzonym milionem dolarów cieszyć się już od dawna.

Można się oczywiście wielu spraw w ,,Uncut gems” domyślać, interpretować, ale zbyt wiele w tej opowieści jest niewiadomych, by móc na ich podstawie zbudować coś większego niż historię jubilera w poważnych opałach, któremu marzy się milion dolarów na koncie.

Nawet ten wątek żydowski, który ma w sobie potencjał, ale jest ledwie zarysowany, nie prowadzi tej historii poza jej ramy. To mi trochę przypomina wypowiedź dla Filmwebu Nadava Lapida, reżysera ,,Synonimów”, który w pewnym momencie wywiadu mówi o swoim bohaterze, Żydzie – kogo w Toronto będą obchodziły rozterki młodego Żyda w Paryżu, jeżeli nie będą one czymś więcej, czymś, co będzie czytelne pod każdą szerokością geograficzną. Uniwersalność opowieści w ,,Synonimach” jest widoczna, a pomimo tego tożsamość żydowska jest tutaj mocno obecna i nie trzeba o niej czytać w wywiadach z reżyserem. Ona jest wygrana w samym filmie. Tego braciom Safdie zabrakło. Może dlatego, że są młodsi od Lapida, a może dlatego, że tak naprawdę, w ,,Uncut gems” opowiedzieli historię, jakich wiele, wzmocnioną nietuzinkową formą filmu. Wydaje się to jednak w obliczu całości zbyt wątłe i nie dziwi fakt, że ten film nie został zauważony przez Akademię Filmową przy okazji tegorocznych Oscarów.

Innymi słowy wszystko to, co miało wpływ na kształt ,,Uncut gems”, wydało mi się bardziej fascynujące niż sam film. To mi trochę przypomniało podobną historię, w której dobrych kilka lat temu Michał Chaciński, angażując się w produkcję ,,Planety singli” w fascynujący sposób opowiadał w jednej z audycji Tokfm o tym, jak ten film powstawał. Nie dosyć, że mam słabość do Chacińskiego z czasów, kiedy prowadził Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura, to okazał się świetnym, merytorycznym gawędziarzem, którego można by słuchać godzinami. Pamiętam, że po wysłuchaniu jego barwnej, naszpikowanej szczegółami opowieści, miałem wrażenie, że ,,Planeta singli” to coś więcej niż tylko komedia romantyczna, a na pewno coś więcej niż dotychczasowe, tego typu produkcje polskie. Nawet podejrzewałem, że najprawdopodobniej zetknę się z czymś, co stoi blisko półki z arcydziełami w swoim przedziale rzecz jasna. Więc, jak tylko nadarzyła się okazja zakupiłem film, potem obejrzałem, potem złorzeczyłem Chacińskiemu, obrzucając go wszystkimi obelżywymi epitetami, jakie tylko przychodziły mi na myśl, a od filmu mnie odrzuciło na kilka lat, aż wróciłem do niego ostatnio przy jakiejś okazji i uznałem, że aż tak źle nie jest. Dobrze nie jest, ale źle też nie.

Za tym kryje się jakaś taktyka

Po czwartkowej sesji Rady Miejskiej we Wschowie (27 lutego) nic już nie jest takie samo. Znowu dokonano kolejnego rozbioru czegoś tak staroświeckiego i właściwie już nieistniejącego, jak wspólnota. Wiadomo, że wspólnoty nie ma, ale jeszcze do niedawna, można było się łudzić, że jest. Że ją tworzymy. A teraz to trudno coś więcej powiedzieć na ten temat poza tym, że byliśmy świadkami jej pogrzebu, a za kilka miesięcy zostaniemy zaproszeni na stypę.

Bo jak to wygląda, kiedy z jednej strony radni rozdzierają szaty nad pojedynczymi miejscowościami wiejskimi, które reprezentują i są przeciwni likwidacji tamtejszych szkół, ale już kilka kilometrów dalej, za miedzą, żądni są krwi i domagają się głów pozostałych placówek w sąsiednich wioskach? Co to jest za pomysł, żeby tak głosować? Kto to wymyślił i jak długo nad takim rozwiązaniem debatowano? Radny z Konradowa chce, żeby wycięto w pień wszystkie szkoły wiejskie, ale Konradowo chciałby ocalić, za to radna z Siedlnicy na odwrót, wszystko do korzeni wyciąć, a Siedlnicę zostawić. Nie mniej oryginalni są radni z Łysin i Lginia. Dla nich też może niczego nie być, oby tylko  w ich zagrodach się coś ostało.

Wiem. Za tym kryje się jakaś taktyka. Chodzi chyba o to, żeby powiedzieć swoim, że patrzcie, głosowaliśmy przeciw, nie chcieliśmy przegłosować tych uchwał intencyjnych o zamiarze likwidacji naszych szkół.  Owszem, radni mogliby jeszcze dodać, że nikogo nie udało im się w ramach koalicji, w której się zrzeszyli, przekonać do obrony ich placówek. Tutaj okazali się nieskuteczni, mało przekonujący,  a może nawet niewiarygodni. Cóż, przyczynili się do przyjęcia uchwał o zamiarze likwidacji pozostałych placówek, a swoich nie zdołali obronić.

Wniosek? Samorząd stał się zbiorem mniejszych lub większych interesów tej lub innej grupy mieszkańców, ale na pewno nie jest to wspólnota wszystkich mieszkańców gminy. Tak, wiem, że to też jest takie gadanie, które dzisiaj nie ma większego sensu. Jaka wspólnota znowu? To, co w sferze prywatnej jest na porządku dziennym, czyli różnego rodzaju egoizmy i dbanie o własny interes, stało się domeną sfery publicznej. W tej sferze kiedyś ważna była wspólnota, a dzisiaj jej rozwój, bo jak mówił inny radny, miejski, przez ostatnie dwa lata zrozumiał, że likwidacja szkół wiejskich przyczyni się do rozwoju gminy. Kiedyś tak nie myślał, a teraz zmienił zdanie. Wygląda na to, że tak zwany rozwój za chwilę stanie się nowym, złotym cielcem we Wschowie, jak w poprzedniej kadencji nowa ewangelia o oszczędnościach.

Jedno i drugie jest ważne. Oszczędzajmy i rozwijajmy się. Ale jak na wszystkim zaoszczędzimy i za te zaoszczędzone miliony, rozwiniemy się, gubiąc z oczu to, co najważniejsze, to do czego jeszcze będzie nam służyć małe miasteczko na styku trzech województw? Skoro każdy z nas będzie oszczędny i rozwinięty? Wtedy chyba nadejdzie koniec. Słońce stanie się czerwone, a ziemia piaszczysta i nieurodzajna. Może nawet nie spotkamy się wtedy na Dniach Wschowy i nie posłuchamy razem koncertu, specjalnie przygotowanego na tę okazję? Naprawdę może i do tego dojść, jak już każdy z nas odda pokłon rozwojowi i oszczędności.

Oscary dla Bonga, czyli krok wstecz Akademii Filmowej

Głowa mnie rozbolała, kiedy w poniedziałkowy poranek przeczytałem kto został niekwestionowanym zwycięzcą tegorocznych Oscarów. Przypomniała mi się wypowiedź Tadeusza Sobolewskiego w TokFm na dwa dni przed ogłoszeniem wyników, że światowa opinia sprawia cuda. Tak było z filmem ,,Ida” Pawła Pawlikowskiego. Ponoć na spotkaniu z dziennikarzami, już po przyznaniu filmowi Pawlikowskiego Oscara, między innymi w obecności Sobolewskiego, minister Piotr Gliński miał powiedzieć, że ,,Ida” to bardzo dobry film, pomimo tego, że wcześniej wypowiadał się o ,,Idzie” negatywnie. Nobel dla Olgi Tokarczuk również sprawił, że minister zweryfikował swoją opinię i uznał, że jednak warto przeczytać którąś z książek noblistki.

I jeszcze jedna wypowiedź sprzed gali oscarowej przypomniała mi się w ten poniedziałkowy, traumatyczny poranek. A mianowicie wypowiedź Dawida Muszyńskiego redaktora naczelnego naEkranie.pl, który w podcaście przygotowanym przez Watching Closely, zwrócił uwagę, że w Polsce film Sama Mendesa ,,1917” pokazywany był przedpremierowo dziennikarzom  w grudniu, ale naczelny nie przypominał sobie, żeby wtedy ktoś wypowiadał się o najnowszym obrazie brytyjczyka, ze to wybitne osiągnięcie. Dopiero po Złotych Globach ruszyła lawina zachwytów.

Z podobnym zjawiskiem mielibyśmy do czynienia w przypadku filmu ,,Parasite”. Z tą różnicą, że nagrody i wpływ opinii światowej, zastąpiły tutaj inne mechanizmy, nie mniej – jak się okazuje – ważne.

Kiedy w 2017 roku, Joon-ho Bong pokazał na festiwalu w Cannes ,,Okję” wyprodukowaną przez streamingową platformę Netflix, publiczność podczas seansu zachowywała się skandalicznie: gwizdała i buczała. Film przerwano po kilku minutach i ponownie odtworzono jeszcze raz, od początku. Nie wiem kto dokładnie stanowił publiczność podczas światowej premiery ,,Okjy” w Cannes, faktem jest, że dwa lata później przy okazji innego filmu tego reżysera, czyli ,,Parasite”, widzowie już nie buczeli i nie gwizdali, za to przyjęli 6-minutowymi oklaskami dzieło Koreańczyka. Różnica zdaje się nie polegała na tym, że ten pierwszy film był wyjątkowo zły, a ,,Parasite” w odróżnieniu od poprzedniego, wyjątkowy udany. Różnica, jak każdy wie polegała jedynie i aż na tym, że ,,Okja” powstała dzięki Netflixowi, a ,,Parasite” z Netflixem nie miał już niczego wspólnego, bo też nie mógł ze względu na zmiany w regulaminie konkursu w Cannes. Gdyby ponownie, jak np. Noah Baumbach z ,,Historią małżeńską”, film Bonga miałby coś wspólnego z Netflixem, to najzwyczajniej w świecie nigdy by nie zdobył w 2019 roku Złotej Palmy.

Różnie się mówi o przyznanych w tym roku Oscarach dla Joon-ho Bonga, szczególnie, że przecież po raz pierwszy ten sam film zdobył statuetkę dla najlepszego filmu międzynarodowego i w kategorii najlepszy film. Mam wątpliwości, czy w ten sposób doceniono koreańskie kino, a jeszcze większe wątpliwości budzi we mnie opinia, że to żółta kartka dla Hollywood. Myślę, że tegoroczny werdykt będzie można dopiero odczytać za rok, kiedy okaże się, na co Akademia tym razem zwróci uwagę. Jednak gdybym miał odczytać wyniki z tego roku przez pryzmat Oscarów przyznanych w 2019, to uznałbym, że Akademia wyraźnie zrobiła krok wstecz. Wtedy, jak zapewne każdy pamięta, triumfowała Roma, Netflixowa produkcja, wygrywając w jednej z głównych kategorii. Można było nawet uznać, że Akademia idzie z duchem czasu, nobilitując film streamingowej platformy.

W tym roku przyznano najważniejsze Oscary reżyserowi, który z Netflixem nie mógł podbić świata ,,Okją”, ale bez Netflixa zostało mu to dane. Sam Netflix w tym roku również musiał zadowolić się jakimiś pomniejszymi nagrodami, a to w końcu mierzyły się ze sobą dwa różne systemy– jeden nieco archaiczny, ale wciąż pełen wdzięku i stylu, a drugi, związany z platformą streamingową  być może (czas pokaże) zapowiadający od kilku lat zmiany, jakie dzisiaj trudno jeszcze sobie wyobrazić.

I tak też bym oceniał tegoroczny werdykt Akademii, jako zdecydowany krok wstecz w porównaniu do ubiegłego roku. Koreański reżyser, jak mało kto, nadawał się, aby taki sygnał wysłać w świat, mówiąc, że tradycyjne kino z tradycyjną dystrybucją, ma się dobrze i nic mu nie zagraża. Czy to się potwierdzi, przekonamy się w 2021 roku.

Trzeba zajrzeć tylko trochę głębiej – recenzja gościnna

Blog Nowe Opinie zamieszcza poniżej recenzję ,,Historii małżeńskiej” autorstwa młodej osoby, proszącej o anonimowość. Zatem prośbę spełniamy i zapraszamy do lektury

_____________________________

 

O filmie “Historia Małżeńska” mówi się od początku grudnia, kiedy to miał swoją premierę na platformie Netflix. Dyskusje nie cichną, chociażby z tego względu, że już w tym tygodniu dzieło Noaha Bamubacha będzie walczyło m.in. o Oscara w kategorii najlepszy film. Samych nominacji “Historia Małżeńska” zdobyła sześć, w tym najbardziej zasłużone za dwie główne role (Scarlett Johansson, Adam Driver) oraz rolę drugoplanową (Laura Dern).

Zdania na temat filmu są jednak bardzo podzielone. Mimo że nie spotkałam się z ocenami skrajnie niskimi to można dostrzec dużą rozbieżność w odbiorze. Jedni są kompletnie znudzeni fabułą, inni czują się przez film oszukani, a ostatnie grono osób, w tym ja, pochłonięci historią do końca. Film Baumbacha opowiada o rozpadzie małżeństwa, a co za tym idzie również o rozwodzie i o tym jakie wybory stają przed głównymi bohaterami w zderzeniu z okrutną machiną prawniczą. Opowieść, mimo że fikcyjna, wydaje się być bardzo realna. Każdy kto przechodził lub obserwował czyjś rozwód z pewnością znajdzie tutaj dużo prawdy, którą nie tak prosto przecież przenieść na ekran. Ważniejszy jednak wydaje mi się tutaj aspekt rozpadu relacji, co sprawia, że jest to film uniwersalny, bo pozwala ludziom z różnym bagażem doświadczeń znaleźć w nim coś dla siebie. W końcu chyba każdy wie, jak to jest stracić kogoś bliskiego.

Najczęstsze zarzuty wobec filmu Baumbacha dotyczą tego, że reżyser staje jednoznacznie po stronie Charliego (w tej roli genialny Adam Driver), oraz że powody Nicole (Scarlett Johansson), które stoją za decyzją o rozwodzie, nie są zrozumiałe. Oczywiście, kiedy spojrzymy na to powierzchownie, może wydawać się, że główna bohaterka jest skończoną egoistką i w swoim egoizmie i zazdrości o karierę męża postanawia go zostawić. Taki obraz może pojawić się, jeśli całą swoją uwagę przywiążemy do drugiej części filmu, w którym Nicole momentami jest bezlitosna i w tym całym natłoku emocjonalnych scen zapominamy, że bohaterka miała trochę więcej czasu, aby przetrawić to odejście. Już na samym początku “Historii Małżeńskiej” widzimy ją płaczącą, ponieważ prawdopodobnie nosiła się z tą decyzją już jakiś czas, a przecież nadal kochała Charliego (co zresztą przyznaje w długim monologu w domu prawniczki). Nie jest więc postać Nicole spłaszczona i nieczuła, ponieważ ta scena już sama w sobie powinna uświadomić widzowi w jak tragicznym położeniu jest bohaterka. To nie jedyny moment, kiedy dowiadujemy się, jaki stosunek Nicole ma do Charliego. Będzie takich scen znacznie więcej, choć będą raczej symboliczne. Może poza listem, w którym wymienia dobre cechy swojego męża, co tylko utwierdza w przekonaniu, że Baumbach robi, co może abyśmy nie sympatyzowali tylko z jedną ze stron.

Ciężko mi też zrozumieć na czym polega niezrozumienie powodów zakończenia związku przez Nicole. Akurat tutaj Baumbach spisał się świetnie, mimo że może nie jest to tak dosłowne, jakby tego widz oczekiwał. Scena, w której Nicole opowiada swojej prawniczce o związku z Charliem jest tego najlepszym dowodem. Najbardziej zrozumiałe jest dla mnie, co przeżywa główna bohaterka, kiedy mówi, że kiedy zaszła w ciążę to miała takie poczucie, że będzie miała w końcu coś swojego, na własność. Jednak, kiedy dziecko się urodziło, uświadomiła sobie, że syn należy tylko i wyłącznie do siebie samego. Niejednokrotnie spotykałam się z opiniami, że wiele samotnych, niekochanych kobiet marzy o dziecku, które będzie je kochało bezgranicznie i sprawi, że nigdy nie będą odczuwały już uczucia dojmującej samotności. Dziecko miałoby być kimś pewnym, kimś kto nie rani i nie odpycha. Tutaj właśnie Nicole pokazuje jak źle się czuła w swoim małżeństwie – niedoceniana i niesłuchana. Ta samotność sprawiła, że bohaterka miała nadzieję, że dziecko, które wyjdzie z jej ciała sprawi, że odnajdzie ona siebie. W końcu to ona nosiła je dziewięć miesięcy w sobie. Nie powinno to dziwić, skoro Nicole poświęciła swoje dotychczasowe życie dla męża i wyjechała tam, gdzie on chciał, więc miała wielką potrzebę posiadana jakiejś własności. Może to wyglądać na skrajnie egoistyczne, jednak takie nie jest, bo przecież dobrze wiemy, że Nicole bezgranicznie kocha swojego syna i nie był on tylko jakąś zachcianką. Głowna bohaterka podaje zresztą więcej przykładów na to, że czuła się w jakiś sposób zagubiona, nie mogła znaleźć samej siebie w życiu i w tym małżeństwie. Jednak goniła ją także ambicja, bo chociaż była świetną aktorką, to Charlie był wybitnym reżyserem. Tutaj też mamy do czynienia nie z egoizmem, ale z poczuciem obcości, w końcu Nicole grała w teatrze swojego męża, a więc znowu nie mogła do końca poczuć siebie samej i jakiejś odrębności. Chociaż Charlie kochał i doceniał swoją żonę, to nie zwracał większej uwagi na jej potrzeby, chociażby na chęć spędzenia roku w jej rodzinnym mieście.

Dlatego tak ciężko stanąć jednoznacznie po czyjejkolwiek ze stron, bo każdy ma swoje racje i to sam widz może sobie wybrać, którą postać bardziej do niego przemawia. Więc czy bohater grany przez Drivera budzi na koniec najwięcej współczucia? Taki odbiór jest już chyba kwestią indywidualnej wrażliwości widza. Oboje są ukazani z tak odmiennych perspektyw, że ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, kto jest tutaj bardziej pokrzywdzony. Dzięki temu film broni oboje bohaterów i pozwala ukazać ich ból i rozterki w całkowicie odmienny sposób.

Myślę, że Baumbach mimo swojej męskiej perspektywy ukazał oboje bohaterów w sposób zrozumiały i poruszający. Czasami trzeba tylko zajrzeć trochę głębiej.

Autorka: In.Ks

 

,,Joker”, czyli niczego nie ma o nas w konstytucji

Przy okazji ,,Jokera” Todda Phillipsa, właściwie za każdym razem, kiedy myślę o tym filmie, mam takie nieracjonalne poczucie, że oglądam niepozorne, chwilami odarte z godności życie Arthura Flecka (świetna rola Joaquina Phoenixa), które to życie – jeżeli się dobrze przyjrzeć – jest widoczne na transparentach współczesnych polityków. I to właśnie życie takich ludzi, jak Arthur Fleck, sprawia, że takie kraje jak Polska są podzielone na pół. Wydaje się, że Phillips ten społeczny rozdźwięk świetnie rozumie i wygrywa tę subtelność w scenie, w której Thomas Wayne, kandydat na burmistrza, mówi z ekranu telewizora o zamordowanych prawnikach. Byli to nieskazitelni obywatele – twierdzi. Problem z wypowiedzią kandydata na burmistrza Gotham City jest taki, że Todd Phillips dal nam wgląd w scenę zabójstwa prawników. Tym samym wciągnął nas w odwieczny konflikt natury z kulturą, sprawiedliwości ludu, porywczej i szalonej, a sprawiedliwości instytucji, paragrafów, praw i ustaw. A może nawet wciągnął nas w jeszcze bardziej pierwotny konflikt serca i rozumu

W tej scenie jest chyba wszystko, co zżera współczesność, a co w filmie ostatecznie prowadzi do ulicznych rozruchów w Gotham City.  Co konkretnie? Myślę, że współczesny, społeczny węzeł, którego nie sposób rozsupłać. To przemoc w białych rękawiczkach (przemoc fizyczna, werbalna, ekonomiczna) stojąca naprzeciwko gołej przemocy, obdartej z tych wszystkich przymiotów, zasłon, uników, którymi ta pierwsza posługuje się w sposób mistrzowski, akceptowany przez tę część społeczeństwa, którą reprezentuje.

A kto reprezentuje Arthura Flecka i jemu podobnych? Albo inaczej: kto uosabia tę drugą część społeczeństwa, niepozornego, a chwilami odartego z godności?  Oczywiście, że figura Jokera. Jeśli ktoś myśli, że może sobie tę figurę jakoś intelektualnie zaadoptować, to się myli. To postać, która wymyka się rozumowi, ładowi społecznemu, konstytucji i normom prawnym, żeby – paradoksalnie – upomnieć się o godność, ład społeczny, konstytucję i normy prawne. Todd Phillips wkłada w usta Jokera banały i frazesy, kiedy ten peroruje w telewizyjnym talk show? Możliwe, ale co z tego? Widocznie w programie Murraya Franklina (w tej roli Robert De Niro) Joker nie mówi w twoim imieniu..

O czym mówi Tarantino, a czego nie powie wam reżyser ,,Parasite”

W obiegu krążą opinie. Jedna z nich, to dobra wiadomość, bo Quentin Tarantino ceni filmy Joon-ho Bonga, Koreańczyka, który zdobył w ubiegłym roku Złotą Palmę w Cannes za film ,,Parasite”. Na tym samym festiwalu pokazano ,,Pewnego razu w… Hollywood”. Bong wygrał, a Tarantino wrócił z niczym. Umarł król, niech żyje król, bo przecież Bong, to taki Tarantino, tylko, że w zdecydowanie lepszej formie. Do tego stopnia sytuacja jest napięta, że może się powtórzyć i to już w najbliższą niedzielę, ponieważ obstawia się, że Bong weźmie Oscara za najlepszy film międzynarodowy, a Tarantino raczej nie weźmie Oscara za najlepszy film w najważniejszej kategorii.

Koreański reżyser odkąd wygrał w Cannes ma naprawdę dobrą passę. Pojawiły się nawet takie opinie w obiegu, że jak masz siostro i bracie problemy z filmem Bonga, to świadczą one o was, a nie o filmie. W końcu ,,Parasite” mówi, gdzie jesteśmy, jacy jesteśmy i że są napięcia. Szczególnie między tymi, którzy telefony komórkowe wykorzystują do łapania ulotnego wi-fi, a tymi, którzy trzymają zakładników pod telefonem. Jeżeli wybuchnie między jednymi i drugimi konflikt, ale poważny konflikt, nie że będą sobie pisać nieprzychylne komentarze pod zdjęciami lub usuwać się z facebooka, ale, że pójdą ze sobą na noże i poleje się krew, to wtedy rykoszetem dostanie się innej grupie ludzi. Tej grupie, która telefonów nie wykorzystuje ani do tego, ani do tamtego. Wykorzystuje do innych celów, przez co prawdopodobnie jest uprzywilejowana, a to z kolei sprawia, że mieszka w górnej części miasta (pewnie stąd łatwiejszy dostęp do wi-fi). A jak już mamy taki zbiór osób, to mamy społeczeństwo, a zatem możemy też powiedzieć, że i pewien wgląd w ich niezbyt skomplikowane relacje i zależności. No i siostro i bracie, krążą opinie, że Bong nam ten aktualny stan świata pokazał w rozrywkowym filmie. A przecież nie ma to, jak uczyć, bawiąc i na odwrót.

Jednak sprawy, jak to w życiu bywa, nie są tak oczywiste.

Otóż w ,,Pewnego razu w… Hollywood” też mamy górę i dół. Może to nie jest tak nachalnie wygrane, jak w ,,Parasite”, ale jeżeli zabieraliście się samochodem z Sharon Tate i Romanem Polańskim (w jednych z pierwszych scen filmu, kiedy jadą na imprezę do Playboya) lub z Cliffem za kierownicą (granym przez Brada Pitta) i Rickiem na siedzeniu pasażera (w tej roli Di Caprio), to wiecie już, że z ich posiadłości zjeżdża się i zjeżdża, jak zimą na nartach. Trzeba trochę czasu, żeby w końcu dotrzeć na sam dół. Myślicie, ze w Cliffie nie mieszczą się ci wszyscy kierowcy i gosposie rodziny Parków? Oczywiście, że tak. A może Rick nie byłby bardziej zniuansowanym Parkiem z ,,Parasite”? Zniuansowanym, bo w jego branży konkurencja nie śpi i chociaż ma dom na wzgórzach Los Angeles, to przecież doskonale wie, że musi ten dom utrzymać, jeżeli chce się liczyć w tej branży (i my jesteśmy świadkami, jak pracuje, żeby utrzymać się na powierzchni). A kiedy wraca z Włoch już nie sam, ale z żoną, okazuje się, że być może, pomimo tego, że trochę zarobił we Włoszech, będzie zmuszony ten dom sprzedać i nie stać go będzie na kierowcę. Czasy są oczywiście inne u Bonga, inne u Tarantino, ale problemy te same.

A dół? Co się dzieje na dole u Tarantino? Mamy początkowo Cliffa, mieszkającego w obskurnej przyczepie kempingowej i hippisów od Mansona, którzy żywią się resztkami jedzenia, jakie cywilizacja wyrzuci na śmietnik i żerują na terenie niejakiego Georga, który tylko śpi, spółkuje i ogląda filmy (i zdaje się dziękuje Bogu, że chociaż mieszka tam, gdzie mieszka, bo ma przynajmniej tyle, ile człowiekowi potrzeba do życia – dach nad głową oraz strawę cielesną i duchową). Mało tego, Tarantino mówi wprost, tam się czai zło, ale nie zło, które da się jakoś wytłumaczyć, jakoś może usprawiedliwić, zło przypadkowe lub tymczasowe. Nie, to jest zło samo w sobie. I ono krąży po okolicy, wskakuje do samochodów, a czasami nawet kusi, żeby ukryć swoją naturę zła. Tak, siostry i bracia, tak to widzi Tarantino. I wiecie co? Podobnie, jak u Joon-ho Bonga, te niziny są również skonfliktowane. Na dole Cliff z przyczepy nie ufa hippisom z rancza. Ba, wręcz szuka pretekstu, żeby, podobnie, jak u Bonga, w końcu niziny ekonomiczne dały wycisk innym nizinom ekonomicznym. A kiedy w końcu to się dzieje, Tarantino ten konflikt ponownie niuansuje. Dół ma ochotę dołożyć górze, bunt dojrzewa, a jak już stanie się soczysty i gotowy do zerwania, to poleje się krew. Ale nawet tutaj, nie każdy jest gotowy do takiej przemocy (pamiętacie? Hippiska od Mansona bierze klucze od samochodu i ucieka), a Cliff broni Ricka i jego żonę, a nawet sam Rick podejmuje się samoobrony, chociaż raczej wydaje się, że niekoniecznie jest ona potrzebna.

Problem z tymi historiami w ,,Parasite” i ,,Pewnego razu… w Hollywood” jest taki, że u Bonga cała ta historia kończy się w miejscu, gdzie Tarantino dopiero się rozgrzewa. To tak, jakby Bong cały wysiłek włożył w opowieść, którą Tarantino snuje mimochodem, idąc dalej, o jeden, milowy krok dalej. Bo u Tarantino problemem nie są tylko różnice ekonomiczne, czy kulturowe, ale również moralne. To nie znaczy, że ich nie ma, tych różnic, na przykład ekonomicznych. Ale na samym końcu tego węzła jest coś więcej.

To więcej robi ogromną różnicę w odbiorze obu filmów. U Bonga mamy posthumanistyczną obsesję, u Tarantino jeszcze humianistyczną, a może nawet chrześcijańską namiętność.

 

Wieczność jednego lub dwóch pokoleń czytelnikow

W bibliotece zmiany. Od dawna zmiany, ale zauważyłem je dopiero teraz. Regał z dramatami nie stoi już tam, gdzie do tej pory, tzn. tam, gdzie stał kiedyś. Teraz już tam nie ma tego regału. Jest w innym miejscu.

Jednak tam, gdzie on kiedyś stał, ten regał, a może jeszcze w poprzedniej siedzibie biblioteki, wydawało mi się, że widziałem na półce, a nawet wypożyczyłem, zbiór dramatów Harolda Pintera.

Teraz, sprawdzając rok przyznania temu brytyjskiemu dramaturgowi  literackiej nagrody Nobla, a stało się to w 2005 roku, dociera do mnie, że jeżeli kiedykolwiek widziałem Pintera w bibliotece, to na pewno w jej starej siedzibie, w której nie tak dawno przecież funkcjonował chyba klub Młodzieżowy ,,Metafora”, a obecnie – całkiem możliwe – jeszcze coś zupełnie innego, chyba PiM. Sam już nie wiem. Musiałbym się tam wybrać, sprawdzić, bo skoro mylą mi się regały, ewentualnie nie wiem już, czy ten regał stał w tym, czy innym miejscu, czy Pintera widziałem i gdzie widziałem, to nie mam pewności, co właściwie znajduje się obecnie w byłej siedzibie biblioteki. Kto lub co ma tam siedzibę i na jak długo.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ten dylemat jest konieczny do rozstrzygnięcia. Teraz, natychmiast. Być może w ogóle nie jest mi to potrzebne i wystarczy mi to, co wiem. Że biblioteki są trochę, jak kościoły. Nie tak łatwo przychodzi im zmiana siedziby. Jednak, kiedy to nastąpi, te miejsca, w których mieściły się książki, dramaty, opasłe tomy filozoficzne, mitologie, książki przygodowe i wiele innych gatunków literackich, że gdy one wszystkie opuszczą jakieś wcześniej wyznaczone miejsce, by przenieść się w inne, to zabierają wraz z sobą jakiś rodzaj sakralizacji, nienaruszalności, a nawet wieczności (nawet gdyby to była wieczność jednego lub dwóch pokoleń czytelników) i nie sposób już tego miejsca wypełnić czymś, kimś, co równałoby się powagą i ciągłością, które kryją się w ich siedzibach.

Harolda Pintera nie znalazłem. Wziąłem więc z półki po raz kolejny dramaty Thomasa Bernharda.

Lęki Quentina Tarantino, czyli ,,Pewnego razu… w Hollywood” (spoilery)

Na profilu facebookowym jakiś czas temu napisałem, że Oscar za najlepszy film w tym roku należy się filmowi ,,Jojo Rabbit” Taiki Waititiego. Pomyliłem się. Mam taką skłonność do omyłek. Nie widziałem jeszcze ,,Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino, a już spieszyłem z rozdawaniem statuetek. Trochę nieładnie tak postępować, tym bardziej, że mówiono o nowym filmie twórcy ,,Pulp fiction”, że to nie jest jego najlepszy film, że najwyraźniej dostał zadyszki, że dialogi nie te, że bez fabuły, a jeżeli jakaś nawet jest, to i tak się rozpada, dłużyzny straszne, przegadany, Bruce Lee ośmieszony, Cliff Booth (grany przez Brada Pitta) możliwe, że zamordował swoją żonę, a żona Cliffa pokazana w jak najgorszym stylu. Później mówiono, że chyba ten amerykański reżyser za bardzo nie ceni filmów polskiego reżysera Romana Polańskiego, nawet w grze Margot Robbie Tomasz Raczek widział figurę słodkiej idiotki. No wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście nie za bardzo film wyszedł. Były też głosy, które starały się zrównoważyć to rozczarowanie. W końcu to nie byle kto, tylko Tarantino zrobił film.

Więc przekonywano, że nikt z takimi detalami nie pokazał jeszcze tamtego czasu (a rzecz dzieje się w 1969 roku), jest tutaj tyle cytatów, ukrytych i jawnych, komentarzy do tamtej epoki Hollywood, do kinematografii, że prawdziwym kinofilom nie starczy życia, żeby to wszystko pozbierać w całość, obejrzeć filmy, do których Tarantino się odwołuje, choćby ten, który ogląda Sharon Tate ze sobą w kinie, do którego wchodzi, nie płacąc za bilet. Jednym słowem pod względem rzemiosła reżyserskiego – film palce lizać, pod względem fabularnym filmowi brakuje tempa, pomysłu itp. Nawet usłyszałem i taką opinię, że skoro Tarantino wielkim reżyserem jest, to – owszem, każdy rozumie, że zrobił tę przewrotkę w ostatnim rozdziale filmu, uchronił to, co wydawało się nieuchronne – ale mógł przecież bardziej się przyłożyć, dać z siebie więcej, lepiej to jakoś fabularnie poskładać, pozbyć się dłużyzn itp., itd.

I wiecie co myślę? Że po raz pierwszy chyba w swoim krótkim życiu zobaczyłem film, w którym reżyser świadomie i bezceremonialnie, ale też w najbardziej chyba intymny sposób pokazuje swoją bezradność wobec wydarzenia, do którego film nieuchronnie dąży, czyli do makabrycznego morderstwa w posiadłości Sharon Tate i Romana Polańskiego.

Kiedy po raz pierwszy widzę Sharon Tate (w tej roli Margot Robbie) i Romana Polańskiego (Rafał Zawierucha), mam wrażenie, że Tarantino nie chce za bardzo im spojrzeć w oczy. Mamy 8 lutego 1969 roku. Właśnie wrócili z Europy. Pamiętacie tę scenę? Kamera albo pokazuje ich na dalszym planie. Kiedy zbliżają się do fotoreporterów, wydaje się, że zaraz ich zobaczymy, dobrze im się przyjrzymy, ale nic z tego. Potem widzimy ich nogi, potem kamera pokazuje ich z tyłu, a kiedy jadą samochodem, jedyne co będzie nam dane zobaczyć, to ciemne okulary Polańskiego w przednim lusterku. Spojrzeć im w oczy, to jak spojrzeć przeznaczeniu. To nie są odgrywane fikcyjne postacie. My już wiemy, co wydarzy się dokładnie za 6 miesięcy, 8 sierpnia 1969 roku. Wie o tym również Tarantino. Nie ma odwagi spojrzeć im w oczy, jakby mówił do nas, widzów, wiecie co, jeszcze nie wiem, co zrobię, może się uda to przeznaczenie odwrócić, ale nie wiem jak, nie wiem, czy to będzie miało sens, czy to się w ogóle uda. Więc póki co, to mam tutaj Ricka (granego przez Leonardo di Caprio) i Cliffa (w tej roli Brad Pitt). Aktora i kaskadera. Nie idzie im w życiu, tak jak i mi nie idzie z tą historią. Rickowi marzy się wielka kariera, a mi – zdaje się mówić reżyser – marzy się film, w którym zmierzę się z przeznaczeniem i postaram się je oszukać.

I tak przez cały film. A właściwie przez dwa pierwsze dni, jakie widzimy na ekranie – 8 i 9 lutego 1969 roku.

Przez cały ten czas miałem wrażenie, jakby Tarantino mówił do nas, widzów, że da nam wszystko co najlepsze, na co tylko jego wielki talent pozwala. Będziemy mieli neony z tamtych lat, plakaty, bilbordy, jingle radiowe, odniesienia do filmów, do telewizyjnych seriali, wszystko z pieczołowitością, dokładnością, ba, z miłością do tamtych czasów oddane w szczególe i ogóle. Ale z jednym wątkiem będziemy mierzyć się podczas filmu nieustannie – i tego nie mógł nam Tarantino zagwarantować, że ominie nas przeznaczenie, do którego ten film zmierzał od samego początku, a z którym to losem reżyser przez cały czas się mierzył, nawet kosztem fabuły.. Kiedy widziałem dłużyzny w tym filmie, to tak, jakbym poniekąd widział siebie, kiedy zwlekam z podjęciem decyzji, jakbym robił wszystko, byle tylko na chwilę jeszcze odłożyć w czasie jakąś nieprzyjemną rzecz, czy cokolwiek miałoby to być. Cały czas podskórnie czułem, że to samo robi Tarantino. Świadomie odciąga nas od tego, co nieuchronne, a im bardziej stara się nas i siebie przed tym chronić, tym gorzej to wypada na ekranie. Wręcz, w którymś momencie, oddaje nas w ręce innego reżysera, który kręci z Rickiem jakiś film, zresztą ważny dla samego Rickiego, ale niekoniecznie dla historii, która skończy się dokładnie za pół roku. A sam Tarantino, jakby mówił, nadal nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Dajcie mi na chwilę spokój.

Albo myślicie, że to przypadek, kiedy Brad Pitt naprawiając antenę w domu Rickiego, najpierw przypomina sobie scenę z Brucem Lee, a zaraz potem widzi, jak na parking zajeżdża Charles Manson i idzie do posiadłości Polańskich? Widzę w tych dwóch scenach niepokój Tarantino. Jakby mówił, mam tego Rickiego i Cliffa, a skoro ich mam, takich, a nie innych, to oni biorą ze mną współodpowiedzialność za powstrzymanie tego, czego pozornie nie da się powstrzymać.

I naprawdę, oglądając te dwie sceny, jedna po drugiej, odczuwam ten sam lęk, co reżyser, który robi głupoty, bo pokazuje zadufanego Lee, z którym radzi sobie Cliff i uwierzcie mi, słyszę, jak Tarantino mówi do nas: jak myślicie: dobrze kombinuję? Ktoś, kto nie przestraszył się Bruce’a Lee jest w stanie uchronić Sharon Tate? I ja, po tej scenie, po całym filmie, odpowiadam: wiesz co, tylko ktoś, kto był w stanie utrzymać się na nogach w obecności niezwyciężonego Bruca Lee, może odwrócić przeznaczenie. Nawet jeżeli ta druga scena, kiedy Sharon Tate przemierza pomieszczenia, żeby spojrzeć w nieludzkie oczy Mansona, jest pełna niepokoju i jeszcze nic nie wiadomo (Manson ostatecznie nie znalazł tego, czego szukał i zaraz odjedzie), ale – zdaje się mówić Tarantino – widzicie, że łatwo nie jest. Za dużo nie udało się zmienić. Zło nadal krąży po okolicy, a ja po drugiej stronie mam Cliffa, który dał łupnia Lee. Czy to się jakoś równoważy?

Nie za bardzo, bo jak wiadomo, ta scena z Lee wywołała trochę kontrowersji na świecie, ale prawdę mówiąc rozumiem Tarantino – robi się czasami niedorzeczne rzeczy, kiedy szuka się na oczach widzów, dobrego rozwiązania, kiedy wpuszcza się widza do tego najgłębszego i najintymniejszego procesu tworzenia. Kiedy nie wiadomo, czy ta scena się przyda, czy nie. Tarantino ryzykuje i raczej pyta widzów – czy to się da obronić? Mógłby przecież tę scenę wyrzucić, prawda? Ale być może wtedy pojawienie się Mansona, które i tak jest niepokojące, byłoby jeszcze bardziej nieznośne.

Podobnie widzę scenę, kiedy Tarantino wysyła Cliffa na ranczo Mansona. W sumie jest to ranczo kumpla Cliffa – Georga. Mam wrażenie, jakby reżyser próbował tutaj wszystko zakończyć. A może się uda. Cliff, to Cliff, nie trzeba mu dwa razy mówić. Pokonał Bruce’a Lee, może spotka Mansona i zakończy tę historię. Ale niestety przeznaczenie chodzi swoimi drogami. Nie da się tak łatwo wykołować. I znowu, jakbym słyszał z offu reżysera – starałem się, ale los płata figle, mrok już się tutaj zadomowił, nie ma sposobu, żeby ich wszystkich, tę bandę Mansona, stąd wykurzyć.

I tak mijają dwie godziny filmu. Właściwie do tej pory jest to film o robieniu filmu, o pulsującym mijającym czasie (zaglądaliście na zegarek podczas seansu?) i dramatycznym poszukiwaniu rozwiązania, które ocali Sharon Tate i jej przyjaciół. Z jednej strony to film udany, bo wizualnie się przecież sprawdza, z drugiej strony – reżyser rozkłada przed nami wszystkie karty, jakie posiada i – jeżeli dobrze się wsłuchacie, poczujecie jego bezradność.

Ale to właśnie jest cały kunszt tego obrazu i cały zamysł twórcy. Jeżeli prawdą jest, że ,,Pewnego razu… w Hollywood” jest najbardziej osobistym filmem Quentina Tarantino, to myślę, że na tym to polega. Że Tarantino na każdym kroku, w każdej scenie tego filmu, aż do finału, zdradza nam, że nie wie, jak sobie z tym poradzić. Jak uchronić Sharon Tate i jej przyjaciół. Jak tę mroczną noc z 8 na 9 sierpnia odwrócić, jak uratować 26-letnią Sharon w ciąży?

I kiedy w końcu wie, to robi to raz, dwa. Spieszy się. Trzeci dzień, jaki zobaczymy w tym filmie, dzieli od pozostałych dwóch, dokładnie pół roku. Narrator nam opowiada, co tez wydarzyło się w tym czasie z Rickiem i Cliffem. Mają na swoim koncie cztery filmy, zrobione we Włoszech. Trochę zarobili. Rick ma żonę. Wracają właśnie do Los Angeles. Czas już biegnie szybko. Reżyser już niczego nie przeciąga. Nie ma dłużyzn, niepotrzebnych scen, zbliżamy się do tego, co nieuniknione od momentu, kiedy zobaczyliśmy Tate i Polańskiego. Na ekranie pojawią się godziny: 12:30 – widzimy Sharon, jest w ciąży, za chwilę poród, widzimy przygotowany już pokój dziecka, a zaraz potem pędzą następne godziny: 15:00, 17:00, 19:00, 20:30, 22:00, Tarantino się spieszy, znalazł rozwiązanie, wie już, jak sobie poradzić, spieszy się, jak jeszcze w tym filmie mu się to nie zdarzyło. I znowu na ekranie wybija się rytm kolejnych godzin 23:00, 23:30, w końcu 00:05 – naprawdę zbyt długo trwało to poszukiwanie rozwiązania, kto wie co nas czeka?. A potem finałowa scena, taka, którą mógł tylko zaprojektować Tarantino. Udało się, chociaż wcale to nie było takie pewne. I finał jest – zaryzykuję tezę – chrześcijański i niechrześcijański zarazem. To nie przypadek raczej, że właśnie trzeciego dnia Tarantino odwraca coś, czego nie da się poza filmem odwrócić. Rujnuje przeznaczenie, śmierć i wydobywa na światło dzienne życie. Tak się kiedyś zdarzyło w religii chrześcijańskiej. Dzisiaj może tego dokonać jedynie kino. Możliwe, że tylko kino w rękach kogoś takiego, jak Quentin Tarantino. Jeżeli do tej pory Sharon, choć obecna na ekranie, mogła wydawać się mało wyrazista, poniekąd jakby nieobecna, jakby już od samego początku przegrana, jakby już jej dawno odebrano coś tak istotnego, że pozwala sobie tylko na tyle, na ile może sobie pozwolić ktoś, kto wie, co wydarzy się 8 sierpnia w posiadłości Polańskich..

Tak osobistego filmu, tak odważnego, w którym reżyser odsłania wszystkie swoje twórcze lęki, nie widziałem w kinie od lat. Może nawet nie widziałem nigdy.